Archiwum

Sierpień 2019 w cieszyńskim PTEw

Maszyna parowa Jamesa Watta z 1788 r.

W sierpniu mieliśmy w naszym planie trzy spotkania czwartkowe i jedną wycieczkę.

Na pierwszym sierpniowym spotkaniu 1 sierpnia sylwetkę Jamesa Watta (1736-1819) przedstawił Władysław Sosna. Na wstępie prelegent podzielił się pewną dygresją. Gdy przypominamy jakąś postać „humanistyczną”, to z reguły ani z przedstawieniem jej sylwetki jak i omówieniem dorobku nie ma większych kłopotów, co więcej jakieś dzieło nieodłącznie wiąże się z nazwiskiem twórcy, jest jego znakiem rozpoznawczym. Znajomość nazwiska twórcy i jego głównego dzieła podnosi dla danej osoby szacunek i uznanie, klasyfikuje do godności ludzi kultury.

Nieco inaczej rzecz ma się w odniesieniu do twórców z dziedziny nauk przyrodniczych i tzw. ścisłych, zwłaszcza technicznych. Co prawda istnieją różne prawa, reguły, zasady, teorie, przestrzenie kogoś tam, ale nie zawsze wiemy z powodu daleko idącej specjalizacji, czego dane prawo lub jakaś teoria nie tyle dotyczy, ale na czym polega jej wartość (oprócz stwierdzenia, że jej określenie jest kolejnym krokiem w rozwoju nauki, poznaniem świata itp.); bez bliższej znajomości przedmiotu trudno odgadnąć, czemu konkretnie służy, co wyjaśnia.

Wiele z tych pozornie nic „nieznaczących” odkryć praw przyrody, materii znajduje zastosowanie w technice, wiąże się z konkretnym urządzeniem, aparatem, mechanizmem, maszyną. Z reguły nie jest to dzieło jednego człowieka, a całego zespołu ludzi, którzy jakiś pomysł mozolnie przekształcają w projekt, model, prototyp, wreszcie użyteczne urządzenie, maszynę, coraz ulepszaną, o lepszej sprawności, wydajności, dokładności. Bywa, że ten proces trwa całe wieki, a co najmniej lata. Od czasów zbudowania słynnej bani obracanej siłą pary zbudowanej przez Herona Aleksandryjskiego w I w. n.e. do zbudowania sprawnie działającej maszyny parowej minęło 17 stuleci!

Często takie, czy inne „cacko” określonej marki jest przedmiotem naszego pożądania, dumy, poczucia wyższości. Bardziej niż rzadko dochodzimy, komu zawdzięczamy to urządzenie ułatwiające nam pracę, zwiększające możliwości działania, ale też często czyniące nas jego bezmyślnymi niewolnikami lub wręcz używającymi danego urządzenia do szkodzenia innym. I wreszcie kogo z całej plejady odkrywców i twórców kolejnych modeli pokazowych i użytecznych prototypów mamy uznać za wynalazcę np. maszyny parowej, która w dziejach techniki i cywilizacji odegrała tak wielką rolę, wyparła manufaktury, zmechanizowała wiele robot, osadzona na kołach stała się lokomotywą i prymitywnym paro-samochodem, a to spowodowała budowę utwardzonych dróg i torowisk, wreszcie zamontowana w kadłubie statku przekształciła go w parowiec. Skapitulowała tylko wobec „aparatów” latających, bo okazała się za powolna i za ciężka.

I jeszcze jeden paradoks: jakieś arcydzieło Homera czy Szekspira spokojnie może sobie leżeć latami w szafie, niejednokrotnie jest jego ozdobą, chętnie go pokazujemy, ale poza tym mało nas ono porusza. Natomiast gdy znarowi się jakiekolwiek urządzenie, albo niespodziewanie wyłączą nam prąd, momentalnie ilość adrenaliny osiąga wartość krytyczną i okazuje się, że bez tego „grata” nie potrafimy żyć i gdybyśmy dopadli jego wynalazcę, prawdopodobnie nie skończyło by się na urągających epitetach.

James Watt (1737-1819)

19.08.2019 r. minęło dwieście lat, gdy zakończył życie James Watt. Czy doczekał Roku Watta, lub innej formy przypomnienia jego pamięci, choćby u nas w Tarnowskich Górach, gdzie w 1788 r. uruchomiono pierwszą maszynę parową na ziemiach polskich?

Kim był James Watt? Był dzieckiem szkutnika statków żaglowych, majstrem od wyrabiania różnych urządzeń i wyposażenia do nich – Jamesa Watta i niewiasty imieniem Agnes. Urodził się 19.01.1736 r. w Greenbock (Szkocja), od początku słabowity, podatny na choroby. Bojąc się o jego zdrowie, rodzice początkowo nie posyłali go nawet do szkoły; czytania i pisania nauczyła go matka, ojciec arytmetyki i tajników swojego zawodu. Mały James z zadziwiającą łatwością przyswajał sobie wiedzę ojca do tego stopnia, że z czasem ojciec powierzał mu wykonywanie różnych precyzyjnych urządzeń, gdzie drobne palce młodego Jamesa okazały się bardzo przydatne. Chętnie też czytał, nie tylko bajki. W szkole ujawnił swój talent matematyczny, jak i umiejętność majsterkowania. Miał zaledwie 16 lat, gdy zmarła matka, ale też zatonął statek, wykonany w warsztacie ojca, co stało się przyczyną wielu kłopotów finansowych całej rodziny. Marzenia o studiach pękły jak bańka mydlana. Trzy lata później dorastający James udał się konno do Londynu, gdzie znalazł pracę w fabryczce wyrabiającej różne przyrządy precyzyjne, rychło zdobył uznanie mistrza Johna Morgana, który był gotów poza okresem terminowania zatrzymać utalentowanego „mechanika” u siebie. Niestety londyński klimat Jamesowi nie odpowiadał, zaczął niedomagać, po roku wrócił do domu. Tak, ale z czego żyć? Znalazł w końcu pracę w charakterze laboranta na uniwersytecie w Glasgow, został majstrem od naprawiania różnych pomocy naukowych, pozwolono mu nawet na uruchomienie małego warsztatu na terenie uczelni. Obcowanie z kadrą naukową i dostęp do biblioteki przyczyniały się, że James szybko wzbogacał zakres swojej wiedzy do tego stopnia, że co mniej pojętni studenci przychodzili do niego na konsultacje. Ale też profesorom zawdzięczał, że próbowali go zainteresować wykorzystaniem pary wodnej jako czynnika napędowego. Los chciał, że któregoś dnia 1763 r. w czasie wykładu znarowił się model „maszyny parowej”; z pokazu zastosowania pary wodnej wyszły nici. Poirytowany prof. John Anderson przekazał model „złotej rączce” do warsztatu. Był to model maszyny skonstruowany przez Thomasa Newcomena (1663 – 1729) . Swoim kształtem przypominało wagę aptekarska, ale zamiast szalek do wahającej się dźwigni z obu stron domontowane były dwa cylindry z tłokami. Jeden cylinder z tłokiem pełnił funkcję pompy, drugi „silnika”. W tym ostatnim od dołu wpuszczana była do cylindra para wodna, podnosząc tłok do góry, po czym wtryskiwana była pod tłok zimna woda, powodując skroplenie pary; wytworzone podciśnienie „wsysało” tłok w dół dodatkowo spychane przez ciśnienie atmosferyczne nad otwartym cylindrem. Właściwą pracę wykonywało ciśnienie atmosferyczne powietrza wspomagane podciśnieniem z drugiej strony tłoka, a nie para. Maszyny takie już w 1711 r. zastosowano w kopalniach do wypompowywania wody; ale miały ten walor, że często się psuły, a przede wszystkim były niskosprawne, pożerające niewspółmiernie dużą ilość węgla do ogrzewania kociołka pod tłokiem. Do wielce frapującej obsługi zaworów regulujących dopływ pary i wody do prawego cylindra zatrudniana była młodzież, nawet dzieci, przez 12 godzin i biada, jeżeli zdarzyło im się pomylić kurki lub na czas je otwierać i zamykać. Chłopaczek Humphrey Potter przy pomocy prymitywnych ciągadeł przymocowanych do wahającego się balansu i zaworów spowodował, że te ostatnie same otwierały się i zamykały w takt pracy tłoka, ale opłacił to dotkliwymi razami dozorcy.

James Watt pragnął nie tylko naprawić zdefektowany model, ale zwiększyć jego sprawność i zaprząc do pracy wpuszczaną do cylindra parę tak, aby powodowała ruch tłoka i w górę i w dół. Zbudował więc Watt cylinder zamknięty z obu stron, wykonał zawory wlotowe i wylotowe pod i nad tłokiem a parę wylotową skierował do osobnej komory, gdzie ulegała skropleniu. Okazało się, że ten model silniczka przy tym samy zużyciu paliwa pracował cztery razy dłużej. Miał więc o wiele większą sprawność i był bardziej niezawodny. Zachęcony sukcesem Watt chciał zbudować „normalną” użyteczną maszynę, tej jednak w swoim warsztaciku nie był w stanie wykonać zwłaszcza większego cylindra, do otworu którego wchodziłby ściśle dopasowany tłok bez uszczelniających i szybko wycierających się pakuł i mógł wykonywać ruch posuwisto-zwrotny. Zarówno otwór w cylindrze, jak i tłok i tłoczysko musiały zapewnić odpowiednią szczelność. To wymagało zastosowania nowej technologii, narzędzi i obrabiarek. Umówiony przemysłowiec zawinszował sobie 2/3 zysków z ewentualnej sprzedaży takich maszyn i pełnej gwarancji ich powodzenia, ale wkrótce zbankrutował. Nie znajdując innego wyjścia, Watt przestał się interesować swoją maszyną, zmienił pracę, gdyż za wynagrodzenie konserwatora pomocy naukowych nie sposób było wyżyć z rodziną, którą założył w 1764 r.

Minęło 13 lat. Watt zbudował nowy, jeszcze sprawniejszy model maszyny i wspólnie z przedsiębiorcą Matthewem Boultonem założył duży warsztat w Soho. Wyprodukowane maszyny nie bez perypetii sprzedawano za część ceny zaoszczędzonego węgla. Rychło jednak pojawił się jednak inny problem. Taki silnik był w stanie obsługiwać z powodzeniem pompy, gdzie wystarczał dla obu jej elementów roboczych ruch posuwisto – zwrotny, tymczasem wiele maszyn wymagało napędu obrotowego. Takim prostym mechanizmem zamieniającym ruch posuwisto – zwrotny tłoka na obrotowy był dawno znany mechanizm korbowy. Znalazł się jednak cwaniak, który spodziewając się łatwych i dużych zysków opatentował mechanizm korbowy, kasując przy okazji cały wysiłek Watta. Potrafił jednak Watt obejść i tę zaporę. Po prostu w miejsce mechanizmu korbowego wprowadził obiegową przekładnię zębatą, a żeby umożliwić ciągłość ruchu tłoka tam i z powrotem, na wale napędowym umieścił koło zamachowe. Dopiero później wyeliminowano koło zamachowe przez wprowadzenie do napędu dwóch równolegle położonych cylindrów, w których tłoki były względem siebie przesunięte. Aby maszyna pracowała z jednakową prędkością bez względu na jej obciążenie, wprowadził dodatkowo odśrodkowy regulator prędkości. Takich pełnosprawnych maszyn coraz ulepszanych wyprodukowano w zakładach w Soho około 250, z powodzeniem pracujących w różnych zakładach pracy i napędzających cały szereg maszyn w hali przy pomocy przekładni pasowych. Nareszcie Watt doczekał bardziej godziwych warunków życia, które pozwoliły mu po wygaśnięciu patentów przejść na emeryturę (1800) i na zakup niewielkiego majątku ziemskiego a w domu na urządzenia małego warsztatu, gdzie prowadził dalsze próby udoskonalenia swojej maszyny i gdzie rodziły się jeszcze inne wynalazki.

Życie rodzinne nie miał Watt usłane różami. Był dwukrotnie żonaty; z pierwszą wcześnie zmarłą żoną miał pięcioro dzieci, z drugą dwoje, żadne jednak nie przeżyło ojca! On sam zmarł w Birmingham 19.08.1819 r. Pozostawił swoją maszynę, już z napędem, korbowym, która stała się symbolem wieku pary i na rożnych stanowiskach pracowała blisko 200 lat, stopniowo wypierana przez napęd elektryczny.

* * *

Krzysztof Kamil Baczyński (1921-1944)

8 sierpnia o przedwcześnie zmarłym, młodym poecie Krzysztofie Kamilu Baczyńskim (1921-1944) opowiedziała i odczytała kilka fragmentów jego poezji Stanisława Ruczko.

Krzysztof Kamil Baczyński urodził się w Warszawie 22.01.1921 r. Był długo oczekiwanym synem działacza PPS i krytyka literackiego Stanisława oraz Stefanii Zieleńczyk, pochodzenia żydowskiego, szanowanej nauczycielki i autorki podręczników szkolnych. To właśnie matka była powierniczką wszystkich tajemnic wątłego i bardzo chorowitego Krzysia. Gdy Krzyś już jako uczeń Gimnazjum im Stefana Batorego zaczął pisać wiersze, ujawniając swoje lewicowe przekonania, ona była ich pierwszą czytelniczką i skrzętnie je gromadziła. Na wakacje wysyłała go do Jugosławii. Należał do Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej „Spartakus”, był członkiem jego Komitetu Wykonawczego, jednym z redaktorów pisma „Strzała”, na łamach którego ogłosił swój pierwszy wiersz „Wypadek przy pracy”. Był także członkiem Drużyny Harcerskiej „Pomarańczarnia”. Nadmierną pilnością w szkole nie grzeszył. Upajał się literaturą francuską a także twórczością literacką Witolda Gombrowicza. Gdy ukończył gimnazjum w 1939 r., wyjechał na swoje pierwsze „dorosłe” wakacje do Bukowiny Tatrzańskiej. Tam zastała go wiadomość o śmierci ojca. Niewiele ponad miesiąc później na Warszawę spadły pierwsze bomby.

Po powrocie do Warszawy, nie mogąc podjąć studiów na Akademii Sztuk Pięknych, związał się z konspiracyjnymi pismami socjalistycznymi „Płomienie” i „Droga”. W 1940 r. w podziemnym Wydawnictwie Sublokatorów Przyszłości pokazały się dwa tomiki poezji: „Zamknięty echem” i „Dwie miłości” w nakładzie aż siedem egzemplarzy. W 1942 r. wydał tomik poetycki „Wiersze wybrane” pod pseudonimem Jana Bugaja, w 1944 r. pokazał się „Arkusz poetycki”. Odzew był nader pozytywny, zaowocował między innymi wizytami w willi Jarosława Iwaszkiewicza na Stawiskach. Na tajnych kompletach poznał studentkę polonistyki Barbarę Drapczyńską; pół roku później odbył się ich ślub (3.06.1942). Prezentem ślubnym był rękopis tomiku „W żalu najczystszym”. Dorywczo wykonywał różne prace usługowe. Nade wszystko jednak czuł się poetą; cieszyło go uznanie dla jego sugestywnych wierszy i zaszeregowanie go do grona najwybitniejszych poetów polskich (prof. Kazimierz Wyka). W swoich wierszach łączył obrazy okrutnej wojny z pięknem ojczystego krajobrazu, przesyconych nieskazitelną miłością, ale też przeczuciem jednego z pokolenia „dojrzewającego do śmierci”, mocował się z problemem młodości i dojrzewania w warunkach wojennej hekatomby. Znajdywał też czas na rysunki i grafiki, po części ilustracje swoich poezji, projektował okładki i in.

Stanisława Ruczko - prelegentka

Żołnierzem być, czy poetą? Zaniechał studiów polonistycznych i nie bacząc na zdrowie, wstąpił w 1943 r. do Grup Szturmowych Szarych Szeregów AK „Zośka”; zaliczył kurs podchorążych, uczestniczył w akcjach dywersyjnych. Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie (1.08.1944) włączył się do walk w szeregach batalionu harcerskiego „Parasol”. Skoro jego pluton został odcięty od reszty batalionu, włączył się do walk innego oddziału działającego w rejonie Teatru Wielkiego. Tam, 04.08.1944 na stanowisko strzeleckim w pałacu Blanka dosięgła go kula snajpera. Żona, także uczestniczka Powstania, ranna w głowę, zmarła tydzień później.

W rękopisach szczęśliwie zachowało się około 500 utworów poetyckich, w tym także kilkanaście poematów, około 20 opowiadań i innych utworów prozą i jeden dramat. Pośmiertnie, jako pierwszy ukazał się tomik „Śmierć z pożogi”, potem następne. Jego twórczość była tłumaczona na kilka języków europejskich. Baczyński szybko wybił się na czoło bohaterów a zarazem nieprzeciętnych twórców pokolenia wojennego, upamiętniony nadaniem jego imienia szkołom, bibliotekom, drużynom harcerskim, ulicom, nie tylko w Warszawie, obecnego także w licznych pieśniach i filmach.

* * *

Ruiny zamku z Strecznie (w 2002 r.)

15 sierpnia. Na jedyną tegoroczną wycieczkę na Słowację zgłosiła się wyjątkowo duża liczba uczestników. Byliśmy nawet zmuszeni poprosić o podstawienie większego autobusu. Na szczęście był taki to dyspozycji. W zamiarze mieliśmy okrążyć całą północną część Małej Fatry a po drodze zwiedzić ruiny streczniańskiego zamczyska i odbyć spacer do największego fatrzańskiego wodospadu w Dolinie Szutowskiej. Co prawda zaskoczyła nas w internecie informacja o tym, że istniejące schronisko jest nieczynne, jak również wątpliwość, czy mimo to będziemy mogli do niego podjechać, co oszczędziło by nam ok. 2 km drogi. Na wszelki wypadek do już opracowanego planu wycieczki wprowadziłem alternatywny wariant czasowy. Prognoza i stan pogody – wymarzony. Wszyscy sprawnie zajęli swoje miejsca – jedziemy! Ale już przy tankowaniu autobusu na rogatkach miasta jedna z naszych uczestniczek musiała skorzystać z toalety. Nic nadzwyczajnego. Taka była potrzeba. Niestety rychło okazało się, że niedomaganie nie ustąpiło, wręcz przeciwnie, wzmagało się. Na domiar złego, już na terenie Słowacji dostaliśmy się do gigantycznego korka, traciliśmy bezcenny dla nas czas, mieliśmy już blisko dwie godziny opóźnienia. Wreszcie doturlaliśmy się do starej drogi do Skalitego, gdzie mogliśmy zawrócić. Na szczęście droga w przeciwnym kierunku była wolna, więc nie zatrzymując się ani w Jabłonkowie, ani w Trzyńcu, szybko wróciliśmy do Cieszyna. Wezwane pogotowie przetransportowało niedomagającą uczestniczkę do szpitala. Po przeszło dwóch godzinach oczekiwania wróciła do domu z zapasem lekarstw. Groźnie wyglądający atak okazał się epizodyczny. Pierwszy, i jedyny taki na 305 naszych wycieczek.

Wodospad w Dolinie Szutowskiej (w 2007 r.)

Na zamku w Strecznie i w Dolinie Szutowskiej byliśmy już w 2002 i 2007 r., ale chcieliśmy odświeżyć te piękne widoki z wieży streczniańskiego zamku a także uroki doliny ze słynnym wodospadem (32 m). Niestety zwykły „epizod” przekreślił te zamiary. Pozostały tylko wspomnienia sprzed 19 i 12 lat z tą nadzieją, że może uda nam się tam kiedyś zawitać ponownie.

* * *

Juliusz Kaden-Bandrowski (1885-1944)

22 sierpnia. Przedmiotem kolejnej sierpniowej prelekcji Stanisławy Ruczko była postać pisarza Juliusza Kadena-Bandrowskiego (1885-1944). Urodził się w Rzeszowie 24.04.1885 r. Juliusz Marian – lekarz i publicysta, matka Helena Kaden, pianistka i najbliższa rodzina obracała się w kręgu „wysokiej kultury”. Juliusz, po zaliczeniu gimnazjum w Krakowie odbył gruntowne studia z zakresu muzyki na konserwatoriach we Lwowie, Krakowie, następnie w Lipsku i Brukseli (tu dodatkowo z filozofii) i szykował się do kariery wirtuoza-pianisty. Niestety zamierzenia przekreśliło dwukrotne złamanie ręki. Już z Brukseli przesyłał do prasy krajowej wiele swoich korespondencji, udzielał się w Stowarzyszeniu Młodzieży Polskiej. Gdy w 1913 r. wrócił do Krakowa, rok później wstąpił do Legionów, został nawet adiutantem Józefa Piłsudskiego i kronikarzem I Brygady, od 1918 r. kierował Biurem Prasowym Dowództwa Naczelnego i redagował „Żołnierza Polskiego”. W 1920 r. został oddelegowany do Stanów Zjednoczonych, gdzie przeprowadził szeroką akcję propagandową na rzecz Wojska Polskiego.

Po powrocie do kraju, w Warszawie, gdzie się osiedlił, rychło stał się czołową postacią życia kulturalnego, w latach 1923-1926 był prezesem Zarządu Głównego Związku Zawodowego Literatów Polskich, był także redaktorem dodatku literackiego w „Głosie Prawdy” i „Gazecie Polskiej”, wydatnie przyczynił się do powstania w 1933 r. Polskiej Akademii Literatury, której sekretarzował, a także do założenia Towarzystwa Krzewienia Kultury Teatralnej. Od 1935 r. stale na różnych zjazdach komisji zagranicznej Pen Clubu reprezentował literaturę polską. W 1939 r. nie opuścił walczącej Warszawy, uczestniczył w akcji tajnego nauczania, udzielał lekcji muzyki mimo, iż wielokrotnie wzywany był na „przesłuchania” gestapo. Zmarł 8.08.1944 r. na skutek ran odniesionych w czasie Powstania Warszawskiego. Jego dwaj synowie Andrzej i Paweł zginęli w szeregach AK. Wszyscy spoczywają na Cmentarzu Ewangelicko-Reformowanym w Warszawie.

Oprócz wielkiego zaangażowania w działalności kulturalnej, wiele pisał, ciesząc się opinią następcy Stefana Żeromskiego. Po pierwszych modernistycznych powieściach „Niezguła” (1911) i „Proch” (1913), przyszła seria poświęcona latom I wojny światowej: „Piłsudczycy”, „Iskry”, „Mogiły” i inne. Nowy cykl otworzyła naturalistyczna powieść „Łuk”, a zwłaszcza powieściowa rozprawa polityczna „Generał Barcz” (1923), w której pokazał brutalne metody walki politycznej na progu odzyskania niepodległości Polski. Potem wyszły spod pióra nastrojowe wspomnienia „Miasto mojej matki” (1925) i w „Cieniu zapomnianej olszyny” (1926), w których złożył hołd swoim rodzicom; obie te powieści przyniosły mu nagrodę literacką. Teraz Kaden wrócił do swojego cyklu, odtwarzając kolejne obrazy współczesnych mu czasów w „Czarnych skrzydłach”: „Lenora” i „Tadeusz”, gdzie pokazał złożoną sytuację ścierania się różnych interesów w Zagłębiu Śląsko-Dąbrowskim (1929). Istniejące stosunki w polskim parlamencie ilustrowała 3 – tomowa powieść „Mateusz Bigda” (1933). Ostatnią powieścią, zachowaną we fragmentach, były „Białe skrzydła”. Wszystkie powieści Kadena, choć przetworzone, dobitnie oddawały nastroje i przenikliwie ilustrowały epokę, a przez to spotykały się z retorsjami ze strony „krytykowanych”, którzy dopatrywali się w wypowiedziach pisarza osobistych napaści i zarzucali mu fałszowanie wydarzeń. Pozostawił także Kaden szereg reportaży, odczytów i esejów, wśród nich: „Europa zbiera siano”, „Stefan Żeromski, prorok niepodległości”, „Życie Chopina”. Pisarstwo Kadena nosiło wiele indywidualnych cech, wręcz mówiono o „szkole Kadena”, której idee kontynuowało następne pokolenie polskich pisarzy.

* * *

Pomnik Powstania Warszawskiego w Warszawie

29 sierpnia: siedemdziesiąt pięć lat temu walki Powstania Warszawskiego (1.08 – 2.09.1944) jeszcze trwały. O przyczynach, trwaniu i skutkach Powstania opowiedział Stefan Król. Miał bardzo trudne zadanie, gdyż obok bezspornych faktów, o których bezwzględnie należy pamiętać, o Powstaniu pojawiło się mnóstwo ocen i komentarzy, które kwestionują celowość Powstania i podnoszą jego tragiczne skutki, niewspółmiernie wielkie Ofiary w ludziach i nie do ocenienia straty w dobrach kulturalnych i materialnych.

O ile w pierwszej sierpniowej fazie powstańcy walczący w ośmiu obwodach odnieśli szereg sukcesów, opanowując ważne punkty strategiczne na znaczny obszarze stolicy, zwłaszcza śródmieścia. Nie zostały zdobyte główne punkty oporu, jak mosty, koszary, strzeżone urzędy, siedziby dowództw.

Stefan Król - prelegent

Drugi wrześniowy etap walk niestety był już tylko tragicznym zmaganiem się z przeważającymi siłami okupanta zmierzającego do stłumienia Powstania i kapitulacji. Z początkiem sierpnia Niemcy ściągnęli do Warszawy jednostkę SS złożoną z kryminalistów oraz brygadę złożoną z ochotników różnych narodowości, głównie sowieckich własowców w służbie niemieckiej. Obydwa te oddziały prześcigały się w okrucieństwie i bezwzględności w walkach, ale także w masowych rozstrzeliwaniach bezbronnych mieszkańców łącznie z dziećmi. Zawiodły samodzielnie podejmowane próby zdobycia przyczółków pod Warszawą przez siły Ludowego Wojska Polskiego, okupione dużymi stratami (873 żołnierzy). Parodią okazały się rozmowy premiera Rządu Londyńskiego Stanisława Mikołajczyka w Moskwie (3-9.08) łudzącego się możliwością utworzenia polskiego rządu w kraju na zajmowanych przez Armię Czerwoną obszarach Polski, gdy już istniał i miał pełne poparcie Stalina Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego (PKWN) i Krajowa Rada Narodowa, złożone wyłącznie z komunistów. Przesądzoną była wschodnia granica Polski, jak również powstrzymanie ofensywy Armii Czerwonej na linii Wisły oraz odmowę wszelkiej pomocy walczącym Powstańcom. Jedyną nadzieją były rozpoczęte 4.08. loty samolotów z obsadą polska i brytyjską z włoskiego lotniska Brindisi, dokonujące zrzutów broni, amunicji i medykamentów na oznakowane miejsca pod ześrodkowanym ostrzałem niemieckim. W takich warunkach niestety większa część tych zrzutów nie trafiała do Powstańców. Z odmową spotkały się zabiegi o pozwolenie lądowania samolotom amerykańskim na lądowiskach radzieckich. Niemcy po odbiciu Śródmieścia i Ochoty, przystąpili do szturmu na Stare Miasto z użyciem broni ciężkiej i lotnictwa. Próba przebicia się Powstańców ze Starego Miasta do Śródmieścia nie powiodła się. 4500 obrońców przedostało się na teren Śródmieścia i do Żoliborza kanałami. Na Starym Mieście pozostało około 7000 rannych i 35 000 cywilów, w dużej części wymordowanych lub przesiedlonych do obozu przejściowego w Pruszkowie. Po zajęciu Starego Miasta, Niemcy skupili swoje siły na Powiślu i odsunięciu Powstańców od brzegów Wisły, celem zabezpieczenia drogi odwrotu w razie ataku wojsk sowieckich na Pragę. W tak krytycznej sytuacji dowódca gen. Tadeusz Bór-Komorowski odwołał decyzję o honorowej kapitulacji na wiadomość o rozpoczęciu ofensywy wojsk radzieckich na Pragę i akcję pierwszych zrzutów sowieckich. 16.09. oddziały 3 i 2.Dywizji Piechoty LWP, bez wsparcia ze strony wojsk sowieckich podjęły próbę sforsowania Wisły, zostały jednak odparte przez Niemców i utraciły przeszło 3000 żołnierzy. Skończyło się na wymianie dowództwa I Armii LWP. Jeszcze 18.09. 107 samolotów amerykańskich zrzuciło nad Warszawą 130 ton zasobników, ale tylko 1/3 część zawartości pojemników odzyskali Powstańcy. W pozostałych 200 nalotach, strącono 34 maszyny z polską i brytyjską załogą (ok. 200 ludzi). Kilka dni później odwołane zostały wszelkie loty z pomocą z powodu załamania pogody. Po odbiciu wypadu LWP na lewy brzeg Wisły, Niemcy ze zdwojoną siłą zaatakowali Mokotów, potem Żolibórz. Obydwa punkty oporu skapitulowały 27 i 30.09. Do niewoli przeszło ponad 2500 powstańców i kilkaset rannych, dobitych w piwnicach. 2.10.1944 r. w Ożarowie przedstawiciele AK podpisali akt kapitulacyjny.

Bilans strat w ludziach po stronie Powstańców jest tragiczny: 18.000 poległych, ok. 20.000 rannych. 15.000 razem z komendantem gen. Tadeuszem Borem-Komorowskim przeszło do niewoli; wśród cywilów straty ocenia się na 150.000 zabitych, przeszło 50.000 zostało wywiezionych do obozów i ok. 150.000 na roboty. Po stronie niemieckiej szacuje się ok. 10.000 zabitych i 7.000 zaginionych i 9.000 rannych. Jedyny zysk, to potraktowanie Powstańców jako jeńców wojennych oraz ewakuacja pozostałej w Warszawie ludności „w sposób oszczędzający zbędnych cierpień”! Na rozkaz dowódcy SS Heinricha Himmlera Warszawa została skazana na zrównanie ziemią. 12.01.1945 r. Armia Czerwona rozpoczęła wielką ofensywę na terenie Prus Wschodnich i Polski Centralnej; 17.01.1945 r. wraz z oddziałami LWP wkroczyła do zrujnowanej Warszawy.

Tekst: Władysław Sosna, zdjęcia: Władysław Sosna, Grażyna Marzec, Karol Chmiel

Odpowiedz

Możesz użyć tych znaczników HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>