Archiwum

Październik 2017 w cieszyńskim PTEw

Październikowy program wypełniły trzy spotkania klubowe i jedna wycieczka. Ostatnie ze spotkań klubowych poświęcono ostatniemu odcinkowi cyklu „Pochód Reformacji przez Europę”, podczas którego prelekcję „Z kart dziejów Reformacji na Śląsku Cieszyńskim” wygłosił Władysław Sosna. Spotkanie to zostanie opisane w osobnej relacji.

* * *

Ks. prof. Jerzy Gryniakow (1925-1992)

5 października gościliśmy ks. Marka Londzina, który – jak wyznał, był słuchaczem ks. prof. Jerzego Gryniakowa. Teraz, w 25-lecie jego śmierci wypadło mu podzielić się z nami swoimi wspomnieniami o tym znakomitym duchownym. Ale też nie spodziewał się, by o nim zachowało się tak mało materiałów, bądź są one niedostępne.

Jerzy Gryniakow urodził się 6.11.1925 r. we Włocławku. Nic nie wiemy o jego wczesnych latach życia. Wybuch wojny przeszkodził mu w ukończeniu gimnazjum. Maturę zdał dopiero w 1948 r. w Toruniu, ale już zaliczał pierwsze wykłady na Wydziale Teologii Ewangelickiej w Warszawie. Studia teologiczne ukończył w lutym 1951 r. Po ordynacji (20.05.1951 r.), został oddelegowany do pracy w Piotrkowie Trybunalskim. Pełnił tam i w Zelowie obowiązki wikarego. W tym też roku poślubił Olgę Annę Englert. Dwa lata później został administratorem obu parafii, wreszcie pod koniec 1966 r. objął urząd proboszcza.

Ks. Marek Londzin - prelegent

Mimo rozlicznych obowiązków (duszpasterstwo młodzieżowe, wspomaganie placówek Kościoła Ewangelicko-Reformowanego), w 1967 r. ukończył zaoczne studia filologii germańskiej na Uniwersytecie w Poznaniu. W tym samym roku przyjął redakcję dwóch działów w „Zwiastunie”. Współpracował również z Ewangelicką Misją Radiową „Chrystus żyje”, od 1980 r. był głównym organizatorem transmisji nabożeństw ewangelickich przez Polskie Radio. Od 1970 r. związał się z Chrześcijańską Akademią Teologiczną w Warszawie. Rok później obronił pracę doktorską na temat „Ekumeniczne dążenia protestantyzmu polskiego od traktatu warszawskiego 1767-1768 do II wojny światowej”. Kolejna praca „Ustalenie stanu prawnego dla Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego” była podstawą jego habilitacji (1975). Już w stopniu docenta powierzono mu kierownictwo Katedry Teologii Praktycznej. Jego wykłady cechowała przystępność, jasność w trudnych szczegółach. Na egzaminach potrafił wzbudzić przyjazną atmosferę, co nie oznacza, że pobłażał brakom wiedzy egzaminowanego. Od 1981 r. pełnił obowiązki prorektora, zaś od 1987 r. na przeciąg trzech lat rektora uczelni. W tym też okresie, w 1983 r. otrzymał tytuł profesora nadzwyczajnego. Przez cztery lata administrował parafiami w Tomaszowie Mazowieckim i w Rawie Mazowieckiej, był członkiem komisji Synodu Kościoła i radcą Konsystorza.

Z nie mniejszą pasją oddawał się publicystyce. Jest autorem szeregu tytułów o tematyce religijnej, w tym cennego podręcznika „Duszpasterstwo ewangelickie” (1980). W swojej parafii pracował z oddaniem wraz ze swoją małżonką aż do 1991 r., tworząc nowy typ parafii rodzinnej. Złożywszy urząd, wyjechał do Essen. Pomimo choroby służył jeszcze w kościele miejskim w Essen, gdzie odprawiał nabożeństwa dla mieszkających tam Polaków. Tam też zmarł 14.09.1992 r.

Ks. prof. Gryniakow był znakomitym organizatorem, cieszył się wyjątkowym darem nawiązywania kontaktów i zjednywania ludzi. Choć ocierał się o zagrożenia usunięcia ze stanowiska, zamknięcia na szereg lat drogi do zasłużonych awansów w Kościele i na uczelni, ksiądz Gryniakow nie poddał się i wytrwale pracował dla dobra swojej małej parafii i dla Kościoła. Należał do najwybitniejszych duchownych ewangelickich swojego pokolenia.

* * *

Prof. Jan Stanisław Bystroń (1892-1964)

19 października Stanisława Ruczko przygotowała wspomnienie o prof. Janie Stanisławie Bystroniu, w 125. rocznicę jego urodzin.

Jan Stanisław Bystroń urodził się w Krakowie 20.12.1892 r. Był synem znanego socjologa i etnografa, profesora gimnazjalnego Jana Bystronia i Marii z Cinciałów. Zanim w 1910 r. został studentem Uniwersytetu Jagiellońskiego, miał już na koncie dwie prace: „Dawne zwyczaje wielkanocne” i bibliografię prac naukowych o Śląsku Cieszyńskim, opublikowane w „Zaraniu Śląskim”. Wydał też fragmenty wspomnień swojego dziadka po kądzieli pt. „Z Pamiętnika Dra Andrzeja Cinciały” (1910). Pełne wydanie pokazało się 21 lat później. Nic to dziwnego, gdyż wyrastał w atmosferze umiłowania kultury polskiej, zwłaszcza ludowej, fascynacji postacią dziadka, twórcy wyróżnionego nagrodą Polskiej Akademii Umiejętności „Słownika dyalektycznego Księstwa Cieszyńskiego”. Sam niezwykle aktywny i pracowity, poszedł jego i ojca śladem, zwielokratniając ich dorobek naukowy i publicystyczny. Zwykł wstawać wcześnie rano (o 4 godz.), by studiować i pisać przy świeżym, wypoczętym umyśle, a dzień poświęcić na wędrówkę w górach, w Tatrach, lub spotkać się w doborowej kompanii w restauracji „u Karpa” (Stanisława Karpowicza). Wszak z Krakowa do Zakopanego było blisko!

Dzięki wsparciu prof. Stanisława Estreichera, w 1912 r. uzyskał roczne stypendium na École Practique des Hautes Etudes, dwa lata później obronił pracę doktorską „Teoria rzeczywistości społecznej”. Kolejny rok spędził w Wiedniu na studiach specjalistycznych. Po habilitacji w 1918 r., już w następnym roku został profesorem nadzwyczajnym i kierownikiem Katedry Etnografii na Uniwersytecie Poznańskim. Z chwilą uzyskania tytułu profesora zwyczajnego (1925 r.), powrócił do Krakowa, gdzie powołał Katedrę Etnologii i Socjologii. Wreszcie w 1934 r. przeniósł się na Katedrę Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, jednocześnie został członkiem Polskiej Akademii Umiejętności i wielu innych stowarzyszeń naukowych; piastował także stanowisko dyrektora Departamentu Szkolnictwa Wyższego Ministerstwa Oświaty. W 1944 r. został aresztowany i osadzony w Pawiaku. Popadł wówczas w głęboką depresję nie tylko z powodu nawrotu uciążliwej choroby, ale także utraty jedynego syna. Po zakończeniu wojny zgłosił się do pracy na uniwersytecie, prowadził zajęcia wykładowe do 1949 r. Kolejnym ciosem dla niego była śmierć żony. Nieuleczalna choroba, z którą borykał się od czasów paryskich, uniemożliwiła mu dalszą pracę naukową i zmusiła do wegetacji w zaciszu domowym. Zmarł 18.11.1964 w Warszawie, spoczął na cmentarzu ewangelicko-reformowanym.

W zakresie etnografii i socjologii był nowatorem, interesował się niebadanymi dotąd zjawiskami w obu dziedzinach wiedzy, był tym, który przeniósł je na grunt uczelni. Pozostawił ponad 400 prac. Oto niektóre z nich: „Słowiańskie obrzędy rodzinne” (1916), z tegoż roku „Zwyczaje żniwiarskie w Polsce”, „Artyzm pieśni ludowej” i „Polska pieśń ludowa” (1921), „Wyobraźnia artystyczna Bolesława Prusa” (1922), „Pieśni ludu polskiego” (1924), „Wstęp do ludoznawstwa polskiego” i „Historia w pieśni ludu polskiego” (1926), „Nazwiska polskie” (1927), „Bibliografia etnografii polskiej” (1929), „Pieśni ludowe z polskiego Śląska” (1927 – 1934), „Szkoła i społeczeństwo” (1930), „Dzieje obyczajów w dawnej Polsce” (1933 – 1934), „Megalomania narodowa” (1935), „Kultura ludowa” (1936), „Przysłowia polskie” i „Księga imion w Polsce używanych” (1938), „Socjologia literatury” (1939), „Komizm” (1939), „Etnografia Polski” (1947). Efektem jego podróży na Bliski Wschód i do północnej Afryki były prace: „Polacy w Ziemi Świętej, Syrii i Egipcie” (1927), „Wspomnienia syryjskie. Bejrut, Palmira, Damaszek” (1928) oraz „Algier. Kraj i ludzie”.

Maria Kocych-Imielska napisała: „Styl jego pracy jest urzekający, mistrzowski. Prace te czyta się z uczuciem podziwu dla wielkiej erudycji i wszechstronności wiedzy ich twórcy, dla benedyktyńskiej, a zarazem tytanicznej pracowitości”.

* * *

Z pewnymi obawami oczekiwaliśmy na czwartek 12 października. Na ten dzień zaplanowaliśmy zakończenie naszego sezonu wycieczkowego PTEw 2017. Bardzo chcieliśmy się nacieszyć jesiennymi kolorami beskidzkich lasów. Na sześć dotąd zrealizowanych wycieczek, cztery popsuł nam deszcz. Wprawdzie, poza wyjątkiem zdobycia Śnieżki, jakoś radziliśmy sobie z tym deszczem i zwiedziliśmy zaplanowane obiekty, ale widoki po drodze niestety rozmywały się w strugach deszczu. Szczególnie było żal tych dalszych okolic, do których nie tak prędko uda nam się ponownie zawitać.

Ustroń Jelenica - Widok w stronę Równicy i Lipowskiego Gronia

Ranek 12 października okazał się rześki i słoneczny. Z radością więc ruszyliśmy na trasę, taką „zwykłą”, przez dobrze znane okolice, bliskie, nasze, a przecież ciągle zaciekawiające. Można coś oglądając dziewięćdziesiąt dziewięć razy, za setnym razem odkryć coś, czego przedtem nie dostrzegliśmy, co dotąd było nam obojętne albo w jakimś szczególe się zmieniło. Przez Goleszów i Ustroń wspięliśmy się do podnóża Małej Czantorii nad Jelenicą, na polankę pod lasem. Nie ma już starej stacji turystycznej PTTK „U Jonka”, tak nam bliskiej, bo wpisanej w dzieje powstania Turystycznego Klub Kolarskiego „Ondraszek”. Powyżej powstało kilka nowych domów, polanka otoczona jakimiś wyższymi drzewami, że ledwo dostrzegliśmy altanę, ale istniejące przy niej ławeczki znikły. Na polankę nad wykopanym rowem przerzucone były kładki, ale za wąskie, aby przez nie przejechać moim autkiem. Na szczęście niżej znalazłem „wjazd” z zabłoconej drogi leśnej, było trzeba jednak dobrze główkować, aby po sfałdowanym (chyba spychaczem) terenie dostać się do altany. Daremny trud. Przed nią był schodek z betonowego bloku. Jakoś na pochyłym stoku udało się zawrócić i przystanąć nieopodal „studzienki” na odpadki, gdzie nasz „etatowy palacz” pan Piotr rozpalał grillowy piecyk. W chwilę później na ruszcie smażyły się kiełbaski… Tymczasem podziwialiśmy widok na położone w dolinie Wisły centrum Ustronia i na dalszy Skoczów, a także część znaczonego „piramidami” Zawodzia pod rozłogami Równicy.

Ustroń Jelenica
 

Ustroń Jelenica
 

W kilkanaście minut przedostaliśmy się na prawy brzeg Wisły, do Zawodzia. Przystanęliśmy pod gmachem sanatorium „Równica” z zamiarem zwiedzenia ekumenicznej kaplicy i zobaczenia panoramy Ustronia z jedenastego piętra. O ile do holu prowadził podjazd, do windy były już tylko schody, a i tak na ostatnie piętro trzeba wyjść per pedes. Tu wstępu do kaplicy broniła sprzątaczka o nieznoszącym sprzeciwu jęzorze ze szmatą w ręce: nie wchodzić bo mi namarasicie! Mimo jazgotu weszliśmy, ale cały urok wyciszenia prysł jak bańka mydlana.

Ustroń Zawodzie, pijalnia

Ustroń Zawodzie, grzybek przed pijalnią

Nie mogąc dotrzeć do kaplicy postanowiłem zrobić w okolicy sanatorium mały rekonesans. Pamiętałem, że z sanatorium do Domu Zdrojowego można dojść estakadą. Tak, estakada jest, ale prowadzą na nią schody. Wróciliśmy i skręciliśmy na chodnik, którym wydawało nam się, że powinniśmy zjechać naprzeciw kościoła. Trafiliśmy dobrze, ale… na końcu chodnika były… schody! Nie chcąc tracić dalej czasu, przez parking z wyboistą trylinką dotarliśmy do głównej drogi, a nią pod pijalnię. Tak, ale polna droga zamknięta jest szlabanem. Masz wydedukować, że powinieneś iść przez parking pod Domem Zdrojowym, że wyżej na potokiem jest mostek, przez który przedostaniesz się do pijalni. Drogowskazu, takich jak do domów wczasowych, żadnego. W punkcie „it” w pijalni pytałem, czy jest plan Zawodzia. Nie ma! Jest plan Ustronia z wycinkiem Zawodzia, ale bez zaznaczenia dróżek spacerowych. Krótko: że polanka biwakowa przypominała trochę czołgowisko, a dostęp do altany jest tylko dla tych, którym wysokie progi nie wadzą, choć nie do końca, ale mogę jakoś próbować usprawiedliwić. Sądziłem jednak, że gdzie jak gdzie, ale w dzielnicy uzdrowiskowej chodniki spacerowe będą bardziej przyjazne dla mniej sprawnych. Niestety nie są!

Ustroń Zawodzie, sanatorium 'Równica'

Pod Koczym Zamkiem

Po odpoczynku pod grzybkiem ruszyliśmy w dalszą drogę przez Wisłę i Istebną do Koniakowa, gdzie zatrzymaliśmy się w zajeździe „Koronka” pod Koczym Zamkiem. Tu rozegraliśmy nasze tradycyjne konkursy o „Złoty Liść Jesieni 2017” i quiz „Co zapamiętałeś z wycieczek PTEw w 2017 roku?”, ale także posmakowaliśmy specjalnie zamówionego „kubusia”. Sprawniejsi „wyskoczyli” jeszcze na wierzchołek Koczego Zamku, by podziwiać okólną panoramę. Choć lekka mgiełka przesłaniała najdalsze plany, to co było widać wystarczyło na oblanie egzaminu przewodnickiego. Nie darmo kandydaci na przewodnika nazywali Koczy Zamek „Górą Płaczu”, albo życzyli sobie, by była gęsta mgła.

Laureaci konkursu o Złoty Liść Jesieni 2017

Nową drogą zjechaliśmy do Milówki, dość sprawnie przez Węgierską Górkę dotarliśmy do Przybędzy i szybką drogą bokiem Żywca do zjazdu w Rybarzowicach. W dolinie Soły było pochmurno, smętnie, tu rozjaśniło się, w dolinie Żylicy kładły się długie cienie otaczających ją rozłogów masywu Skrzycznego i Klimczoka, odcinającego się głębokim granatem stoków od błękitnego nieba. Jadąc przez Szczyrk w wielu miejscach było widać efekty wysiłków Słowaków przebudowujących całą infrastrukturę tras narciarskich. A potem już tylko las we wszystkich odmianach barw jesieni, za Przełęczą Salmopolską rozjaśniony ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Znów przez Wisłę i Ustroń, już o „śćmiywku” stawiliśmy się w Cieszynie. 294. wycieczka, kończąca nasz tegoroczny, trochę przymokrawy sezon, dobiegła końca. Do zobaczenia za pół roku!

Tekst i zdjęcia: Władysław Sosna

Odpowiedz

Możesz użyć tych znaczników HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>