Archiwum

Wrzesień 2019 w cieszyńskim PTEw

Wrześniowy program przewidywał trzy spotkania klubowe i jedną trzydniową wycieczkę.

Mikoła Rej (1505-1569)

Pierwszy wrześniowy czwartek – 5 września, wypełniła nasza ofiarna polonistka Stanisława Ruczko. Tematem jej wystąpienia był Mikołaj Rej (1505-1569), jedna z czołowych postaci literatury polskiej, obdarzona zaszczytnym tytułem jej ojca. Są badacze, którzy kwestionują ten tytuł. Istotnie Rej nie był w dziejach naszej literatury pierwszym piszącym w języku polskim, ale był pierwszym, który z pełną świadomością pisał wyłącznie po polsku i wywarł największy wpływ na dalszy jej kształt. Nie ma też w historii literatury, w której nazwisko Mikołaja Reja byłoby pominięte, oceniane mniej lub bardziej krytycznie, natomiast z żalem trzeba stwierdzić, że nie zawsze pamięta się, jakiego Rej był wyznania i jaki charakter ma jego twórczość. Nie jedyny to zresztą przypadek. Mikołaj Rej pozostał wiernym dokumentalistą współczesnego mu języka mówionego, panujących w Polsce obyczajów i ich wytrwałym krytykiem, wreszcie tym, który zauważył (!), „iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”, o czym także dziś trzeba przypomnieć! Podkreśla się z dumą imponujący rozwój polskiej literatury okresu renesansu, ale tuszuje się jedną z istotnych przyczyn tego zjawiska, jaką była Reformacja; eksponuje się katolicką literaturę polemiczną bez choćby skrótowego przedstawienia literatury protestanckiej, będącej przedmiotem krytyki tej pierwszej. Innowiercza literatura w XVII i XVIII w. została zepchnięta na zupełny margines, niebyt. Z cienia makaronizmów wydobyły ją dopiero oświecenie i następne epoki. Jeszcze dziś poddawane teksty Mikołaja Reja są weryfikacji, te zaniechane, jemu błędnie przypisywane, czy dotąd anonimowe.

Postylla Mikołaja Reja (fot. Zakład Narodowy im. Ossolińskich)

Mikołaj Rej urodził się 4.02.1505 r. w Żurawnie nad Dniestrem w szlacheckiej rodzinie Stanisława i drugiej żony Barbary z Herburtów. Szkolne wiadomości zdobywał w Skalmierzu i Lwowie. Prawdopodobnie przez rok był żakiem krakowskiej Alma Mater, wnet jednak wrócił do Żurawna. W 1524 r. znalazł się na dworze wojewody sandomierskiego Andrzeja Tęczyńskiego; tam nabrał nie tylko dworskiej ogłady towarzyskiej, ale także pomnożył swoje wiadomości drogą samokształcenia. Po śmierci ojca (1529) ożenił się z Zofią Kosnówną a całą uwagę skupił na pomnożeniu swojej i żony ojcowizny, stając się właścicielem kilkunastu wsi i założycielem dwóch miast Okszy i Rejowca, nabył także kamienicę w Krakowie. Rychło też zaangażował się w ruchu egzekucyjnym w obronie przywilejów szlachty, uczestniczył w sejmikach i kilku sejmach, jako poseł bronił interesów szlachty na dworze królewskim. Goszcząc dość często w Krakowie zbliżył się do Andrzeja Trzecieskiego, stał się bywalcem jego koła, u niego też poznał konwertytę i propagatora Reformacji Franciszka Lismanina. Prawdopodobnie w kręgu schodzących się u Trzecieskiego wolnomyślących ludzi, Mikołaj Rej nabrał przekonania do Reformacji. Za pióro chwycił Mikołaj Rej na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych XVI w.. Niestety nie znamy jego debiutu. Jego wierszowany dialog z 1543 r. „Krótka rozprawa między trzema osobami: Panem, Wójtem i Plebanem”, dedykowana królowi Zygmuntowi Staremu nosi znamiona dobrego opanowania języka. Dwa lata później wyszedł drukiem przełożony z łaciny „Psałterz Dawidów, który snadź jest prawy fundament wszystkiego pisma krześcijańskiego”. Także królowa Bona obdarzona została tłumaczeniem dziełka kaznodziei luterańskiego Urbana Rhegiusa „Catechismus, to jest nauka barzo pożyteczna każdemu krześcijaninowi” (1545). Potem przyszła kolej na dwa dramaty: „Żywot Józefa z pokolenia żydowskiego, syna Jakubowego, rozdzielony w rozmowach person” i „Kupiec, to jest Kształt a podobieństwo Sądu Bożego ostatecznego”.

Wybór pism Mikołaja Reja

Około 1556 r. Rej znalazł w Krakowie bardziej spolegliwego drukarza Macieja Wirzbiętę, być może wspomagał go finansowo, któremu bez obaw utracenia manuskryptów powierzał do druku wszystkie późniejsze teksty. Spod pras Wirzbięty wyszła m.in. bardzo poczytna księga „Świętych słów a spraw Pańskich (…) Kronika albo Postylla polskim językiem też dla prostaków krótce uczyniona”, dedykowana królowi Zygmuntowi Augustowi. Listę utworów zamykają: poemat „Wizerunek własny żywota poczciwego, w którym jako we zwierciedle snadnie każdy swe sprawy oględać może” oraz zbiór epigramatów „Źwierzyniec, w którym rozmaitych stanów, ludzi, zwirząt i ptaków kształty, przypadki i obyczaje są właśnie wypisane”, dedykowane takim przedstawicielom rodów jak: Łaskimi, Górkom, Szafrańcom i Jordanom. Bodaj ostatnim dziełem jest opracowane na podstawie pracy wybitnego działacza reformacyjnego Henryka Bullingera dzieło „Apocalipsis, to jest Dziwna sprawa zakrytych tajemnic Pańskich”. Wówczas już Mikołaj Rej opowiedział się po stronie Kościoła Reformowanego, brał udział w niektórych synodach, zakładał zbory w swoich włościach, przede wszystkim jednak wspierał drukarnie i wydawnictwa protestanckie (za wyjątkiem Braci Polskich), przed królem bronił polskich szermierzy Reformacji, zabiegał o powrót najwybitniejszego polskiego reformatora Jana Łaskiego do Ojczyzny.

Dokładnej daty zgonu Mikołaja Reja nie znamy. Zmarł między 08.09. a 04.10.1569, prawdopodobnie w Rejowcu.

* * *

Ząbkowice Śląskie - krzywa wieża

Głubczyce - odbudowany kompleks ratusza

Kolejną pozycją wrześniowego planu była wycieczka do Kotliny Kłodzkiej w dniach 12-14 września 2019 r. Od strony organizacyjnej należała do trudnych. Wzięło w niej udział mniej chętnych niż się spodziewaliśmy. Osobnym problemem było uzyskanie noclegów. Okazało się (nie pierwszy raz), że ośrodki noclegowe są skupione w centralnych korporacjach np. Warszawie. Co z tego, że te „centrale” w odpowiedzi przesyłały dość bogaty wybór miejsc noclegowych o bardzo zróżnicowanych i uzależnionych nawet od dnia tygodnia cenach, oczywiście z ekstra wyżywieniem, wyposażone w stylowe meble i inne elektroniczne bajery, przeważnie nastawione na dłuższe pobyty, a nie doraźne noclegi, gdy w końcu wybrane obiekty nie odpowiadały (za wyjątkiem jednego) ani mailem ani telefonem na kierowane do nich zapytania o wolne miejsca od – do. Szczęśliwym trafem zdobyliśmy w końcu noclegi w jednym miejscu a kierownik okazał się osobą bardzo życzliwą i wyrozumiałą dla starszych wycieczkowiczów o skromniejszych wymaganiach i mniej zamożnej kieszeni. Tą bazą okazał się Hostel „Sport” w Dusznikach Zdroju. Co prawda program wycieczki musiał być trochę zmieniony, ale nie miało to znaczenia wobec faktu, że zdobyliśmy odpowiadające nam niedrogie noclegi.

Polanica Zdrój - pijalnia

Polanica Zdrój - w pijalni

Tak więc 12.09. przy pięknej pogodzie ruszyliśmy na trasę. Jej pierwszy etap biegł z Cieszyna przez Jastrzębie Zdrój – Wodzisław – Racibórz – Kietrz do Głubczyc. Czas był na kawę. Cóż, kiedy instytucje służące serwowaniem tego napoju czynne były, niczym w Warszawie, dopiero o 1100. Zatrzymywani przechodnie bezradnie rozkładali ręce. Pokręciliśmy się po śródmieściu, podziwialiśmy ładnie odbudowany kompleks ratuszowy z piękną śląską wieżą, zaglądnęli do kościoła i o suchej gębie ruszyli dalej w kierunku Klisina, bokiem Pruszkowa do Nysy. Że nowe drogi, obwodnice, tu bez komentarza. Natomiast oznakowania na nich, zwłaszcza na rozjazdach, jest zrozumiałe tylko dla tubylców, ale nie dla podróżnych spoza regionu. I zazwyczaj jest tak, że miasto poprzedzone jest dziesiątkami reklam i przywitań, ale ledwo miniesz rogatki dowiadujesz się, że owszem, ale centrum miasta dostępne jest tylko dla pojazdów osobowych. Tu natomiast ku naszej ogromnej uciesze był znak ograniczenia 2,5 T, a pod nim tabliczka: „nie dotyczy autobusów” (tu i ówdzie z dopiskiem turystycznych). Gdyby to ode mnie zależało, „wynalazcy” tego pomysłu przyznałbym nagrodę Nobla!

Międzylesie - widok na zamek i kościół farny

Międzygórze - ośrodek wypoczynkowy Gigant

Skorzystaliśmy z możliwości przejazdu przez to szacowne miasto, nieodłącznie kojarzone z kolegiatą św. Jakuba. Jej sylwetka, a zwłaszcza trójnawowe wnętrze budzi respekt dla dzieła tych, którzy tą świątynię budowali. Potem Otmuchów z trzema godnymi uwagi zabytkami: ratuszem, kościołem św. Mikołaja i schowanym za drzewami zamkiem biskupim, dalej Paczków obwarowany jeszcze murami z wieńcem bram i półbaszt oraz charakterystyczną sylwetą kościoła Jana Ewangelisty. Trochę pogimnastykowaliśmy się, by trafić na drogę do Ząbowic, po drodze okrążając założenie pałacowe w Kamieńcu Ząbkowickim. Wreszcie Ząbkowice Śląskie, gdzie zatrzymaliśmy się na obiedzie w barze nieopodal Rynku z pięknym neogotyckim ratuszem. Jeszcze spacer pod Krzywą Wieżę, kościół farny (niestety z powodu remontu zamknięty) i pozostałości po dawnym zamku Piastów ziębickich.

Teraz skierowaliśmy się przez Bardo do Kotliny Kłodzkiej. Omijając Kłodzko, dojechaliśmy do Polanicy Zdroju, najmłodszego i najbardziej nowoczesnego uzdrowiska Kotliny Kłodzkiej. Ma się rozumieć, dłużej zatrzymujemy się Pijalni, delektując się wodą mineralną bezpośrednio ze „źródła”. Jeszcze krótki spacer przez ukwiecony Park Zdrojowy. Słonko miało się ku zachodowi, gdy dojechaliśmy do naszej „bazy” w hostelu „Sport” w Dusznikach Zdroju.

Zdobywczynie Śnieżnika przed schroniskiem

Piątek, 13.09. miał być punktem kulminacyjnym naszej wycieczki: odwiedzeniem schroniska pod Śnieżnikiem i dla chętnych wejście na szczyt. Biorąc pod uwagę kondycję większości uczestników wycieczki, pragnąłem im zrobić niespodziankę. Przecież do schroniska prowadzą z Międzygórza dwa szlaki i górska droga; wiele razy zaliczyłem piechotą podejścia na Śnieżnik, byliśmy tam także na rowerach i raz, zmuszeni do tego z powodu złej aury, wyjechaliśmy autobusem „San”. Ówczesny kierownik schroniska poszedł – mimo ulewy – osobiście sprawdzić, jakim to autobusem wyjechaliśmy, gdyż kilka dni wcześniej nie dojechały do schroniska dwa „Jelcze”. Ale to było dawno. Wówczas była to solidna droga tłuczniowa, tylko tu i ówdzie trochę rozmyta, którą jeździły wozy ciężarowe „Praga”, wożąc ścięte bale drewna. W internecie bez trudu można znaleźć zdjęcia ze stojącymi pod schroniskiem samochodami, a więc… Chciałem być jednak w porządku, posłałem do schroniska maila z zapytaniem o stan nawierzchni i możliwości wyjazdu. Otrzymałem lakoniczną, wręcz irytującą odpowiedź, złożoną z czterech słów: „droga kamienista” (!) i „pozwolenie nadleśnictwa”. Posłałem więc maila do nadleśnictwa w Międzylesiu, wyjaśniając, o jaką grupę wycieczkową chodzi. Ponieważ odpowiedź nie nadchodziła, po kilku podejściach w końcu telefon odebrała sekretarka (?):

– Ludzie są w terenie, w tej chwili nie ma osoby kompetentnej, jutro damy odpowiedź.
– Ale „jutro” będziemy już na trasie!
– Nic na to nie poradzę.

Duszniki Zdrój - Chopin przed pawilonem koncertowym

Korzystając z komórek, już z trasy próbowaliśmy się połączyć z nadleśnictwem. Daremnie. Nikt nie podnosił słuchawki. Pomyślałem, że gdyby tak ktoś chciał przekazać ważną wiadomość (co nie daj Boże) o pożarze lasu, ale gdziekolwiek by nie dzwonił i wszędzie zastałyby głuchy telefon. W końcu nadleśnictwo, to nie leśniczówka z jednoosobową obsadą, czy prywatna osoba. Poza tym, góry nie są mi obce; nie odważyłbym się jechać pod Śnieżnik, gdybym drogi nie znał z autopsji, nie znał kierowcy i możliwości busika na kilkanaście osób a nie „piętrowego krążownika” z kierowcą, który na widok byle kopie czka i węższej niż autostrada drogi dostaje gęsiej skórki. Chciałem się podzielić pięknem Śnieżnika na miejscu, nie z daleka, i dać starszym ludziom i sobie satysfakcję, że mogli zobaczyć coś, co dla nich już nieosiągalne piechotą.

Mimo wszystko miałem złudzenia. Zmieniłem więc nieco program dnia. Z Dusznik Zdroju pojechaliśmy pięknie odnowioną „drogą sudecką”, prowadzącą stokami Gór Orlickich i Bystrzyckich przez Zieleniec i Spaloną aż do Międzylesia. Na otwartych fragmentach drogi po przeciwnej stronie doliny Nysy Kłodzkiej mogliśmy podziwiać Masyw Śnieżnika, coraz bliżej i wyraźniej. W Międzylesiu nasza delegatka udała się do Nadleśnictwa. Spotkała się ze zdziwieniem, że przecież wysłano nam „wczoraj” maila (a więc w dniu, gdy byliśmy już na trasie). Aby nie było wątpliwości otrzymała wydruk maila, w którym w oparciu o paragrafy droga pod Śnieżnik nie jest drogą publiczną i w trosce o nasze bezpieczeństwo nie wyraża się zgody na wyjazd. Wyjątek stanowią „pojazdy” inwalidzkie. Nie będę się spierał o definicję drogi publicznej i niepublicznej. Na mapach (także turystycznych) nie rozróżnia się dróg publicznych i niepublicznych, a drogi bite, gruntowe (utrzymywane i nieutrzymywane), dukty leśne i ścieżki (szlaki). Dodatkowo na mapach słowackich zaznaczane są drogi niedostępne np. w okresie zimowym lub zamknięte dla ruchu kołowego. I to (nie tylko dla mnie) jest miarodajna informacja. Droga pod Śnieżnik jest drogą bitą i powinna być oznakowana. Nie po to jechaliśmy 250 km, aby dowiedzieć się, że owa droga jest, ale nie dla wszystkich. Mimo wszystko poczułem się oszukany. I jeszcze jedno: tego nikt nie wie, ale zapewne dla kogoś z nas była to ostatnia szansa bycia w tych stronach. To jednak poniektórych zupełnie nie wzrusza. Do czasu.

Duszniki Zdrój - przed pijalnią

Duszniki Zdrój - w pijalni

Z Międzylesia pojechaliśmy do Międzygórza, uroczyska pod Śnieżnikiem. Kilkuosobową grupę bardziej sprawnych podwieźliśmy do campingu, skąd wyruszyła szlakiem do schroniska. Z resztą wróciliśmy do centrum. Mieliśmy dużo czasu, więc zjedliśmy obiad w gościnnej restauracji nad wodospadem Wilczki, a potem udali się na spacer, zaglądając do różnych zakątków (drewniany kościół św. Józefa, neoromański kościołek poewangelicki), podziwialiśmy wystawną architekturę ośrodków wypoczynkowych budowanych według zamysłu księżny Marianny Orańskiej, tych zadbanych (jak „Gigant”) i tych, które utraciły już gospodarza (jak ten naprzeciw „Złotego rogu”).
O umówionej godzinie ruszyliśmy naprzeciw grupie szturmowej. Czas był już wracać. Przez Bystrzycę Kłodzką i Polanicę dotarliśmy do dusznickiej bazy.

Głuchołazy - kościół parafialny

Wreszcie trzeci dzień, 14.09. Gospodarz przygotował sute śniadanie (stół szwedzki). Jeszcze formalności i w drogę. Żal było opuścić Duszniki, więc o porannej porze udaliśmy się na spacer po Parku Zdrojowym i oczywiście nie ominęli „Pieniawy Chopina”. Dzięki złudzeniom cały misternie przygotowany plan wycieczki pękł. Niepotrzebnie jechaliśmy do Międzylesia i natłukli dodatkowe kilometry drogi, zabrakło czasu na Bystrzycę Kłodzką, teraz przyszło zrezygnować z postoju w zdrojowisku Jesenik, aby dopędzić czas. Przez Kłodzko, w górę doliny Nysy Kłodzkiej, przez Międzylesie a potem stroną czeską przez Kraliki, Hanuszowce i zdrojowisko Jesenik, zawdzięczający swój rozkwit pastuszkowi Vincentemu Prischnitzowi, którego imię nosi najokazalszy dom zdrojowy. W górę rzeki Białej dojechaliśmy do Głuchołaz. Niestety nie ma już starej lipy posadzonej na rynku w 1648 r. na zakończenie wojny 30 – letniej. Rośnie nowa. Zaglądnęliśmy (niestety tylko przez kraty) do kościoła św. Wawrzyńca z unikatowym głębokim portalem i barokowym wystrojem. Powstał jednak inny, przyziemny problem. Na rynku było wszystko, tylko nie restauracja. Drogą wielokrotnego rozpytywania dotarliśmy do jadłodajni. Restauracja jest, ale w zdroju.

Opawa - ratusz

Posiliwszy się, ruszyliśmy na południe, do górniczego miasteczka Złotych Gór, kolebki kopalnictwa metali szlachetnych. Stąd zboczem Biskupiej Kopy sforsowaliśmy przełęcz poniżej najwyższego szczytu Gór Opawkich i ich południowo – wschodnimi rozłogami przez Miesto Albrechtice dotarli na… Śląsk Opawski, związany z boczną linią czeskim rodem Przemyślidów. Jego stolicami był Karniów i Opawa. To właśnie te fragmenty Śląska raczył pozostawić Marii Teresie zaborczy król pruski Fryderyk II. Zatrzymaliśmy się na chwilkę w Opawie, by uzupełnić płyny i zaglądnąć chociaż na rynek miasta, którego dzieje splatają się z historią Cieszyna. Ze śpiewem na ustach przez Ostrawę, już o półmroku dotarliśmy pod nasze kochane Beskidy i do miasta, gdzie „piastowska wieża tu straż swą trzyma, Ojcowski tu mój dom i kraina”.

Mimo zawirowań, ponoć była to najpiękniejsza wycieczka w tym roku.

* * *

Stanisław Hadyna (1919-1999)

19 września gościliśmy na naszym czwartku dr Renatę Czyż z Wisły. Tematem wystąpienia ilustrowanego obrazem, była postać Stanisława Hadyny (1919-1999). Na wstępie prelegentka z żalem stwierdziła, że od czasu zgonu maestra minęło 20 lat, ale dotąd nie pojawiła się żadna biografia. Wiele szczegółów życiorysu mistrza jest nie rozpoznanych do końca, wymagających uściśleń.

Dr Renata Czyż - prelegentka

Jednym z nich była niedawno wyjaśniona genealogia Stanisława Hadyny, mająca swoje korzenie w Wiśle, choć przyszły mistrz urodził się w Karpętnej na Zaolziu (25.09.1919). Wówczas jego ojciec Jerzy był nauczycielem w Karpętnej, potem w Cieszynie i Wiśle. Matka Emilia z Pilchów była wiślanką. I ona też szczególnie starała się zaszczepić w małym Stasiu zamiłowanie do muzyki. Wykształcenie podstawowe i średnie, zdobywał w Cieszynie, wakacje spędzał w Wiśle u stryja Jana w willi „Sfinks”, wówczas centrum wiedzy ezoterycznej. W 1938 r. równocześnie ukończył Liceum Ogólnokształcące im. Antoniego Osuchowskiego i Szkołę Muzyczną. Do wybuchu II wojny światowej zdążył zaliczyć dwa semestry na Uniwersyteckie Warszawskim na kierunku psychologii i socjologii. Czas okupacji też wymaga dodatkowych kwerend. Wiadomo, że przebywał w Niemczech i w Austrii, a od 1942 r. przebywał na terenie tzw. Generalnej Gubernii. Podjął wówczas przerwane studia w tajnych kompletach, sam prowadził zajęcia na kursach gimnazjalnych. Tuż po wojnie w 1945 r. ożenił się w Wiśle z Agatą Ogierman-Mańską, zajął się organizacją szkolnictwa średniego w Wiśle, udzielał się w Wydziale Kultury Miejskiej Rady Narodowej w Cieszynie. Począwszy od 1948 r. był kierownikiem biura Okręgu Związku Zawodowego Muzyków PRL a następnie dyrektorem Biura Koncertowego i Wojewódzkiej Delegatury „Artos” w Katowicach. Jednocześnie podjął dalsze studia z zakresu kompozycji i dyrygentury w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Katowicach.

Pomnik Stanisława Hadyny w amfiteatrze w Wiśle

Począwszy od 1952 z całą energią i pasją przystąpił do organizacji Państwowego Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”, starał się o śpiewaków, instrumentalistów i o pozyskanie odpowiedniej siedziby dla zespołu w Koszęcinie. Był dyrygentem, reżyserem, a także kompozytorem i aranżerem pieśni ludowych. Wiele z jego pieśni stało się rozpoznawalną wizytówką zespołu a także godziwą reprezentacją Polski na licznych koncertach w kraju i zagranicą. Niestety w 1968 r. został zwolniony ze stanowiska. Ten okres też wymaga wyjaśnień m.in. powodów zwolnienia i ujawnienia osób, które za tym stały. Przez 21 lat pozostał Hadyna na „wygnaniu” w Krakowie, zatrudniony m. in. w Teatrze im. Juliusza Słowackiego. Przez ostatnie 9 lat ponownie pracował w swoim zespole, wzbogacając jego repertuar i przywracając zespołowi ich hadynowski charakter.

Grób Stanisława Hadyny w Wiśle

Pozostawił wiele kompozycji muzycznych, jak kantaty, poemat symfoniczno-baletowy „Wiosna”, 250 pieśni chóralnych i solowych, 14 kolęd, tyleż pieśni pasyjnych, wiele utworów muzyki baletowej, filmowej i teatralnej. Prawie zapomnianą jest jego działalność literacka; pisał biografie, wspomnienia reportaże a także dramaty. Wiele z nich zostało wyróżnionych nagrodami.

Zmarł w krakowskim szpitalu 1.01.1999 r. Spoczął na wiślańskim Groniczku. Ale można go spotkać każdego dnia (!) w wiślańskim amfiteatrze czy na ławeczce w przypałacowym parku w Koszęcinie.

* * *

Julian Tuwim (1894-1953)

26 września: ostatni wrześniowy czwartek poświęcony był pamięci wybitnego poety Juliana Tuwima (1894-1953). Opowiedziała o nim nasza „etatowa” polonistka Stanisława Ruczko. Jej wystąpienie często było przeplatane przykładami poezji Tuwima. Wśród innych wymieńmy chociaż wiersze: „Nauka”, „Lokomotywa” i fragmenty poematu „Kwiaty polskie”. Warto w tym miejscu zauważyć reakcję sali: wiele osób wtórowało prelegentce w recytacji, czy jak Eugeniusz Raabe zgłosiło się do odczytania ulubionego wiersza.

Stanisława Ruczko - prelegentka

Julian Tuwim pochodził z mieszczańskiej rodziny polskich Żydów: Izydora i Adeli z Krukowskich. Urodził się 13.09.1894 r. w Łodzi. Nauka w łódzkim gimnazjum, jak też studia ledwo rozpoczęte później w Warszawie po roku zostały zaniechane (1916). Miał za to zamiłowanie do języka polskiego, polskiej literatury i niezwykłą zdolność rymowania. Już w 1913 ogłosił swój pierwszy wiersz „Prośba”, zamieszczony w „Kurierze Warszawskim”. Rychło też znalazł się w kręgu twórców związanych z ugrupowaniem „Skamander”, którego był współzałożycielem, prowadził kabaret literacki „Pod Pikadorem” (1918), począwszy od pisma „Pro arte et studio” stopniowo wzbogacał listę czasopism drukujących jego wiersze a także kolejne tomiki poezji. Początkowo entuzjazmował się odrodzeniem Polski, promieniał radością życia i tworzenia w wolnej Ojczyźnie. Gdy jednak wydarzenia polityczne zaczęły biec w nieoczekiwanym kierunku, sprzeciwił się panoszącym się różnego rodzaju kombinatorom i karierowiczom, którzy na krzywdzie prostych ludzi dorabiali się majątków a ich bunt w licznych demonstracjach gaszony był przemocą. Miejsce liryk zajęła teraz satyra na tyle obraźliwa dla „spasionych chamów”, że jeden z poematów („Bal w operze”) został skonfiskowany przez sanacyjną cenzurę. Bolejąc nad zbliżającą się katastrofą kraju, zajął się studiowaniem tajników polskiego słowa, jego znaczeń i treści i jak nikt inny urzekał bogactwem i umiłowaniem języka ojczystego, stał się „czarodziejem słowa”.

Gdy wybuchła II wojna światowa, wraz z innymi skamandrytami przedostał się do Rumunii, potem Włoch i Francji, wreszcie z Hiszpanii do Brazylii i USA. Na emigracji powstał jego najpiękniejszy poemat „Kwiaty polskie”, przepełniony miłością i tęsknotą za ziemią polską. Wrócił do kraju w 1946 r., cieszył się odbudową kraju. Zamieszkał w Warszawie. Niewiele już tworzył, raczej tłumaczył ulubionych poetów rosyjskich, opracowywał antologie („Cztery wieki fraszki polskiej”, „Polski słownik pijacki i antologia bachiczna”), zbierał literackie kurioza („Cicer cum caule czyli groch z kapustą”), pisał wiersze dla młodszych czytelników. Stale mocował z różnymi opiniami o jego osobie, jako Żydzie, który sprzeniewierzył się swojej nacji i jako twórcy, który pisze w języku polskim, ale nie „po polsku”. Niemniej w dziejach polskiej literatury zapisał się jako jeden z najprzedniejszych poetów polskich okresu międzywojennego. Zmarł nieoczekiwanie w Zakopanem 27.12.1953 r.


Tekst: Władysław Sosna, zdjęcia: Grażyna Marzec, Piotr Barton i Władysław Sosna

Odpowiedz

Możesz użyć tych znaczników HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>