Archiwum

Lipiec 2019 w cieszyńskim PTEw

Władysław Milerski (1919-2016)

Nasze lipcowe czwartki 4 lipca 2019 r. zainaugurowała Anna Rusnok przypomnieniem przedniej postaci zaolziańskiej – Władysława Milerskiego (1919-2016). Gdyby żył, odchodzilibyśmy jego setne urodziny; zabrakło mu do setki zaledwie trzech lat.

Anna Rusnok - prelegentka

Władysław Milerski urodził się w Lesznej Dolnej (ob. Republika Czeska) 3.07.1919 r. Z Gimnazjum Realnego w Orłowej przeszedł do polskiej paralelki Seminarium Nauczycielskiego w (wówczas) Polskiej Ostrawie a egzaminy końcowe zdał w 1939 r. w Państwowym Liceum Pedagogicznym w Cieszynie. Udzielał się też w tym czasie w Harcerstwie, dosłużył się stopnia podharcmistrza. Po wojnie był nauczycielem w Jabłonkowie, w Mostach-Szańcach, Trzyńcu, wreszcie w Szkole Wydziałowej w Czeskim Cieszynie, już jako dyrektor, po drodze zdobywając kolejne stopnie kwalifikacji pedagogicznych.

Nie zaniedbał działalności społecznej w Stowarzyszeniu Młodzieży Polskiej a zwłaszcza w Polskim Związku Kulturalno-Oświatowym, stając się jednym z najaktywniejszych członków w jego Sekcjach Folklorystycznej i Literackiej, niezależnie od pełnienia innych funkcji w zarządzie Powiatowym i Zarządzie Głównym. Jego organ „Zwrot” i „Głos Ludu” a także „Głos Ziemi Cieszyńskiej” zapełniał swoim artykułami. Nie zabrakło go także w Zespole Regionalnym „Gorol” (jako współzałożyciela), w Chórze „Harfa” w Czeskim Cieszynie i w Chórze Nauczycieli Polskich. Gdy w 1976 r. przeszedł na rentę inwalidzką, bynajmniej nie zaprzestał działalności, wręcz przeciwnie z całą wrodzoną energią stałe uzupełniał swoją wiedzę językoznawczą, zwłaszcza z onomastyki, drogą samokształcenia i prowadził intensywną kwerendę terenową. W wyniku tych penetracji spisał tysiące nazw terenowych, nazwisk, nazw narzędzi i sprzętów, różnych pojęć, konfrontował je z zapisami archiwalnymi, metrykalnymi, słownikami, ustalił ich pierwotne brzmienie i pochodzenie. Efekty tej mrówczej pracy ogłaszał w „Zwrocie” w kilku cyklach artykułów: „Wędrówki nazewnicze”, „Nasze nazwiska” i inne, jak np. „Wiekowe tradycje kultury ludowej na Zaolziu”, „Genealogia rodu Trzanowskich”.

Uwieńczeniem ogromnego wysiłku Milerskiego są trzy bezcenne pozycje książkowe: „Nazwiska cieszyńskie” (4.520 nazwisk, Warszawa 1996), wspólnie z prof. Karolem Danielem Kadłubcem „Cieszyńska ojczyzna polszczyzna” (Czeski Cieszyn 2001) ze „Słownikiem historyczno-etymologicznym cieszyńskich nazw osobowych” oraz cenny „Zachodniocieszyński słownik gwarowy” (Czeski Cieszyn 2009), zawierający 13.500 haseł ze zwrotami i obocznymi formami fonetycznymi.

Prace Milerskiego mają nieprzeciętną wartość, gdyż podjęte niemalże w ostatniej chwili, udokumentowały zanikające nazwy i ich znaczenia, ich prapolskie pochodzenie i piękno gwary śląsko-cieszyńskiej mieszkańców zachodniej części Śląska Cieszyńskiego, od 1920 r. pozostającego w granicach Republiki Czeskiej.

* * *

Kazimierz Fober (1919-2002)

Drugie spotkanie lipcowe – 11 lipca, było poświęcone pamięci wybitnego społecznika Ziemi Cieszyńskiej zwłaszcza w dziedzinie śpiewactwa Kazimierza Fobera (1919-2002), w stulecie jego urodzin. Próbę opowiedzenia o nim podjął Władysław Sosna, który zetknął się z nim osobiście w czasie, gdy ich ścieżki spotkały się w Zarządzie Głównym Macierzy Ziemi Cieszyńskiej.

Kazimierz Fober

Kazimierz Fober urodził się w biednej rodzinie robotnika cementowni Jana i Zuzanny 19.07.1919 r. w Goleszowie. Twarde były młode lata Kazika, gdyż już po roku oddanego pod opiekę babki, która też nie miała dla niego za wiele czasu. Naukę szkolną rozpoczął w 1925 r. w miejscowej szkole. Kazik był pilnym uczniem, ale jeden przedmiot miał odegrać w jego życiu zasadniczą rolę. Było to śpiew. Kazik lubił śpiewać, co więcej, miał to szczęście, że miał nauczyciela śpiewu (niestety nie znamy jego nazwiska) o pięknym głosie. Kazik pragnął śpiewać tak, jak on. Rychło znalazł się nie tylko w chórze szkolnym, ale został śpiewakiem liturgicznym i pogrzebowym w parafii ewangelickiej w Goleszowie, cieszył się, gdy za śpiew na pogrzebie otrzymywał kilkadziesiąt groszy! Uczył się też gry na skrzypcach u prywatnego nauczyciela. W 1932 r. został uczniem Gimnazjum Klasycznego w Cieszynie, dzięki dobrym postępom w nauce był zwolniony z czesnego. Po maturze (1937) marzył o studiach medycznych, ale ostatecznie zadowolił się Akademią Handlową w Krakowie. Oczywiście i w Cieszynie i w Krakowie śpiewał w chórach kościelnych.

Wybuchła II wojna światowa. Wraz z kolegami podjął ucieczkę na wschód na motocyklach w nadziei, że któryś z oddziałów wojska ich przygarnie. Żadna polska jednostka nie była zainteresowana ich wcieleniem. Dotarli aż na Wołyń, za Równe. W Babiczu miejscowa ludność odnosiła do nich wrogo, nie użyczając ani chleba, a tym bardziej paliwa. W pewnym momencie nadziali się na kolumnę wojsk sowieckich, utracili motocykle i dostali nakaz marszu na wschód. Nie skorzystali z tej możliwości i postanowili powrócić do domu, teraz na piechotę (w linii prostej 600 km)! Na miejscu zameldowali się 4.10., zastając już niemieckie porządki. Mimo znajomości w cementowni, dla Kazimierza nie było zatrudnienia. Znalazł ją dopiero na kolei w Bielsku. Jakoś przewegetował, doczekał uwolnienia Goleszowa od niemieckiego okupanta.

Władysław Sosna - prelegent

Pojechał do Krakowa, by ukończyć przerwane wojną studia. W 1947 r. zaliczył wszystkie egzaminy, rozpoczął pracę w Spółdzielni Ludowej w Skoczowie, rok później uzyskał dyplom magistra i przeszedł do pracy w Powiatowym Związku Gminnych Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” w Cieszynie. W tymże 1949 r. poślubił Joannę Mazur i na stałe zamieszkał w Cieszynie. Lata 1953-1985 przepracował w Cieszyńskiej Fabryce Narzędzi później wchłoniętej przez Fabrykę Maszyn Elektrycznych CELMA, jako kierownik Działu Organizacji i Zarządzania. Udzielał się ponadto w Radzie Zakładowej Związków Zawodowych, zrazu jako skarbnik i księgowy, potem jeszcze jako kierownik Komisji Kultury. Nie zabrakło go w Miejskiej Radzie Narodowej, gdzie pełnił obowiązki członka Komisji Oświaty i Kultury.

Czy przy tych obowiązkach zaprzestał śpiewu? Bynajmniej. Był to już czas, gdy nie potrzebował szukać chórów, a chóry szukały jego. Śpiew i służbę w ruchu śpiewaczym bez reszty wypełniało jego życie poza pracą zawodową, traktował ją z równym, jeśli nie większym poczuciem obowiązku. Śpiewał w Skoczowie, w ewangelickim chórze kościelnym i w Domu Kultury, w Cieszynie w Chórze Męskim Towarzystwa Śpiewaczego, w Chórze Mieszanym „Harmonia”, w chórze Zespołu Pieśni i Tańca Ziemi Cieszyńskiej, w Chórze Nauczycieli Polskich na Zaolziu (Republika Czeska); udzielał się nie tylko jako znakomity tenor, ale działacz zarządów chórów, także w Cieszyńskim Okręgu Związku Śląskich Kół Śpiewaczych, Polskim Związku Chórów i Orkiestr, gdzie doszedł do funkcji sekretarza generalnego Zarządu Głównego. Był animatorem imprez muzycznych w Cieszynie dwukrotnie był organizatorom krajowych imprez Europejskiej Federacji Związków Śpiewaczych AGEC. To zaledwie wyimki z jego bogatej działalności organizacyjnej.

Pomnik Wolności

Wreszcie Macierz Ziemi Cieszyńskiej, z którą związał się od 1984 r. Rok później wszedł w skład Zarządu Głównego, przyjął funkcję skarbnika i księgowego, stał się jednym z głównych organizatorów 100-lecia Macierzy i Polskiego Gimnazjum Macierzowego w Cieszynie, aranżerem uroczystości odsłonięcia obelisku Jana Kubisza i Pomnika Wolności w Cieszynie, pośredniczył w pertraktacjach o nawiązanie współpracy partnerskiej Cieszyna ze szwajcarską Lucerną, współorganizatorem uroczystości otwarcia Muzeum Regionalnego „Na Grapie” w Jaworzynce, redaktorem zbioru 470 pieśni w „Śpiewniku Macierzy Ziemi Cieszyńskiej” dr Aliny Kopoczek, wydatnie przyczynił się do wydania „Księgi Pamiątkowej Polskiego Gimnazjum Macierzy Szkolnej w Cieszynie, 1895-1995”.

Obelisk Jana Kubisza

Wreszcie przyszedł ten krytyczny dzień, gdy wrócił z pogrzebu działaczki Macierzy w Istebnej Marii Wałach i jeszcze poszedł do biura, by dokończyć raport z działalności polskich zespołów kulturalnych na Zaolziu dla Resortu Kultury w Warszawie, bo i tu od lat był człowiekiem niezastąpionym. Resztami sił doszedł do domu. Wezwane pogotowie przewiozło go do szpitala, gdzie w kilka dni później wydał ostatnie tchnienie (17.12.2002).

Jeśli mówi się o rozśpiewanym Śląsku Cieszyńskim, to Kazimierz Fober był jednym z najwybitniejszych służebników pieśni i pięknego śpiewu na Ziemi Cieszyńskiej.

* * *

W kościele ewangelickim
z Bytomia-Bobrka

Kościoł ewangelicki z Bytomia-Bobrka przeniesiony do skansenu w Chorzowie

18 lipca. Była to już trzecia w tym roku nasza wycieczka, tym razem do Chorzowa i Katowic, a ściślej do Górnośląskiego Parku Etnograficznego i Muzeum Śląskiego. Prognoza pogody była obiecująca i frekwencja zadowalająca; nie obeszło się jednak bez niespodzianek: znarowił się „nasz” autobusik, a to postawiło nas przed wieloma niewiadomymi. W końcu okazało się, że przyjazne nam Biuro Turystyczne „Ondraszek” podstawiło swój nowy, większy autobus z życzliwym „naszym” kierowcą. Nowy i większy autobus nie oznaczał wygodniejszy, gdyż wnet ujawniło się szereg niedogodności i to podstawowych zarówno dla kierowcy, jak i przewodnika (pilota) wycieczki. Nie mogłem zrozumieć, jak ktoś mógł wpaść na takie „pomysły”. Trudno, „jak się nie ma, co się lubi…”

Kościółek rzymskokatolicki ze wsi Nieboczowy przeniesiony do skansenu

W skansenie w Chorzowie - Górnośląskim Parku Etnograficznym

Ruszyliśmy, ale że autobus był i cięższy i większy, wykluczyło to jazdę „bocznymi” drogami. Tak więc do Chorzowa dotarliśmy szablonową drogą przez Żory – Mikołów – Katowice. Stawiliśmy się punktualnie na umówiony czas. Niezwykle sympatyczny przewodnik oprowadził nas po włościach Parku Etnograficznego, zgodnie z naszym życzeniem po tej części, w której umieszczono obiekty ze Śląska Cieszyńskiego od Beskidu po Pogórze nie ze snobizmu, a z powodu ograniczonego czasu zwiedzania licząc, że będzie nam danym tu jeszcze kiedyś zaglądnąć. Przez blisko trzy godziny wędrowaliśmy wśród obejść, zagród, chałup, stodół, spichrzy, kuźni, szkoły (a jakże), nie omijając obu kościołków z Nieboczów i ewangelickiego z Bobrka a także… karczmy „U Brożka”, by trochę odpocząć, co nieco przekąsić i uzupełnić płyny. Miło było przypomnieć sobie, jak to „hańdowni” bywało mimo, iż dla wielu z nas były to obrazy znane z autopsji.

Muzeum Śląskie w Katowicach

Dumny parkowy kogut już zapiał na drugą połowę dnia, czas był ruszyć do centrum Katowic, gdzie jeszcze lat temu 20 w kopalni węgla kamiennego „Ferdynand”, od 1936 „Katowice”, wyjechała ostatnia „szola” węgla, wydobywanego tu od 1823 r. Dziś w tym miejscu od 2015 r. znajduje się nowa siedziba Muzeum Śląskiego. Nieopodal dawnego szybu wznoszą się dwa przeszklone obiekty. Ten większy kryje recepcję i podziemne ekspozycje Muzeum na dwóch kondygnacjach. Olbrzymie wnętrze holu wywarło na nas imponujące wrażenie i pewną bezradność – jak tu się nie pogubić. Liczna obsługa pomagała w tym gigantycznym labiryncie ganków, przejść i zaułków jakoś się znaleźć. Nasza wizyta miała charakter rekonesansowy, toteż ograniczyliśmy nasze zwiedzanie do wystaw stałych: malarstwa, sztuki sakralnej i historycznej. Zbiory malarstwa polskich mistrzów pędzla z XIX w. miło było oglądać, gorzej było z percepcją sztuki wszelkich „izmów” XX w. Wrażenie złagodziły piękne przykłady śląskiej sztuki sakralnej. Miłym zaskoczeniem była cieszyńska rotunda w przekroju. A potem te zawiłe dzieje Śląska aż do czasów, gdy szczytowym przejawem dobrobytu ludu pracującego był… „maluch”! Wrażeń i refleksji było aż nadto. Chcieliśmy jeszcze spróbować owych „śląskich szmaków”, ale już za drzwiami restauracji odrzuciły nas ceny; najtańsze danie było za jedyne 39 „zet eł”. Nie sądzę, aby śląskie baby gotowały aż tak drogie dania dla swoich spracowanych chłopów…

Pszczyna: z księżną Daisy

Pszczyna: rynek, kościół ewangelicki i ratusz

W miarę sprawnie przedostaliśmy się przez meandry w okolicy przebudowywanego węzła murckowskiego i przez Tychy dotarliśmy do Pszczyny. Tu śląskie dania były o połowę tańsze! Krótki spacer po rynku, gdzie księżna Daisy z uśmiechem przyjmowała każdego, kto usiadł przy niej na chwilę, by zrobić pamiątkowe zdjęcie. Jeszcze rzut oka na pałac o tej porze dnia, gdy już rozpychający się wszędzie „turyści” wyjechali, miał swój urok.

Pokłoniwszy się kapliczce „Bądź wola Twoja”, w niecałą godzinę dojechaliśmy do Cieszyna.

* * *

Witold Gombrowicz (1904-1969)

Ostatni czwartek miesiąca to 25 lipca. To spotkanie mimowolnie przejdzie do historii, gdyż w ciągu 35 lat istnienia Oddziału było to pierwsze spotkanie klubowe w plenerze, w ogródku proboszczówki. Dobrze, że nie był potrzebny rzutnik, czy inna techniczna aparatura, bo byłby klops. Widać stało się to za sprawą Witolda Gombrowicza (1904-1969), także diametralnie różnego, gdy chodzi o jego sposób pisania i rozumienia świata. O nim to, o jego życiu i twórczości, dokładnie w 50. rocznicę jego śmierci interesująco opowiedziała Stanisława Ruczko.

Stanisława Ruczko - prelegentka

Witold Gombrowicz urodził się w Małoszycach koło Opatowa 4.08.1904 r. w rodzinie szlacheckiej. Gombrowiczowie rychło przenieśli się do Warszawy i tam młody Witold uczęszczał do gimnazjum a potem na studia prawa na Uniwersytecie Warszawskim. Potem wyjechał do Paryża, gdzie podjął studia z zakresu filozofii i ekonomii, ale bliższy były mu pobyty nad Morzem Śródziemnym. Gdy wrócił do Warszawy, odbył krótką praktykę aplikancką, gdyż swój potencjał umysłowy skierował na pisanie korespondencji i recenzji teatralnych. Pierwsze próby literackie nie wypaliły, ale napisana w 1937 r. groteskowa opowieść „Ferdydurke” spotkała się z szerokim odzewem czytelników i krytyki, gdyż dosadnie naruszała uświęcone wzorce obyczajowe i kulturowe. Za sprawą Jerzego Giedroycia spakował walizki i wyjechał do Argentyny. Tam zaskoczył go wybuch II wojny światowej. Postanowił ją przeczekać, ale nikomu nieznany, klepał przysłowiową biedę; kawiarniane odczyty i drobne artykuły nie wystarczyły na utrzymanie. Ani tłumaczenie „Ferdydurke”, ani dramat „Świt” sytuacji nie zmieniły. Dopiero zatrudnienie w Banku Polskim a zwłaszcza nawiązanie kontaktu z Jerzym Giedroyciem przyniosło odmianę losu. W paryskiej „Kulturze” Giedroyć zamieścił jego korespondencje, fragmenty „Dziennika” i wydrukował powieść pokazującą wizerunek polskiej emigracji „Transatlantyk”. Potem przyszły powieści „Pornografia” (1960) i „Kosmos” (1963), a z ostatnich sztuk „Operetka”. Filozoficznym esejem, zbiorem polemik są jego trzy tomy „Dzienników”. Uzyskane stypendium pozwoliło na wyjazd do Berlina Zachodniego, potem do opactwa Royaumont, wreszcie do miasteczka Vence, gdzie pozostał już do końca życia, znajdując wsparcie najpierw sekretarki osobistej a potem żony, kanadyjki studiującej literaturę współczesną, Rity Labrosse. Mimo starań, nagrody Nobla nie uzyskał, co spotkało się z poklaskiem władz ludowych. W Polsce, poza krótkim okresem „odwilży”, był drukowany dopiero w latach osiemdziesiątych. Wcześniej znany był z wydawnictw Giedroycia w tzw. drugim obiegu.

Czesław Miłosz tak on nim napisał: „Razem ze Stanisławem Ignacym Witkiewiczem i swoim bliskim przyjacielem Bruno Szulcem, Gombrowicz radykalnie zerwał z dziewiętnastowieczną powieścią – ‘zwierciadłem życia’. Jego utwory są budowlami, wznoszonymi dla przekazywania myśli o egzystencji, zbyt skomplikowanej, by dało się ją wyrazić przy pomocy traktatów”. Mimo trudnego języka i zawiłości w roztrząsaniu problemów filozoficznych, doczekał 30 tłumaczeń swoich dzieł; jego sztuki dostały się na afisze najlepszych teatrów świata, powstało szereg filmów w oparciu o jego utwory, doczekał muzeum biograficznego, pomników, nawet szlaku rowerowego. Do dziś Gombrowicz jednych irytuje, drugich fascynuje. Niemniej otwarte pozostaje pytanie, dokąd zajdzie człowiek w występowaniu przeciwko sobie, przepełniony pogardą dla historii i kultury i czy wszystko w nich jest zbędnym balastem dla naszej egzystencji?

Tekst: Władysław Sosna, zdjęcia: Władysław Sosna i Grażyna Marzec

Odpowiedz

Możesz użyć tych znaczników HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>