Archiwum



PTEw na Facebooku
PTEw na Facebooku

PTEw na Twitterze
PTEw na Twitterze



stat4u



network monitoring software

Sierpień 2018 w cieszyńskim PTEw. Część 2 – wycieczka do Zakopanego

Grupa nad Morskim Okiem z widokiem w stronę zamglonych Rysów

30 sierpnia – 1 września 2018 roku, na przełomie sierpnia i września umieściliśmy w planie wycieczkę do Zakopanego. Wszystkie możliwe szczególiki organizacyjne zostały dopracowane, natomiast tzw. życie niezależnie od wstępnych „schodów” wprowadziło „drobne” korekty. Wbrew oczekiwaniom zainteresowanie wycieczką okazało się mizerne. Na miesiąc przed zaplanowanym terminem jej realizacji słałem e-maile z korektą rezerwacji na znaleziony w internecie adres pensjonatu. Ponieważ nie było żadnego odzewu, próbowaliśmy nawiązać kontakt telefoniczny o różnych porach dnia, ale nikt nie podnosił słuchawki. Nie wiem, za którym razem wreszcie odezwała się jakaś pani oznajmiając nam, że adres mailowy jest nieaktualny i dopiero teraz zauważyła nasz numer w swoim telefonie, a ponieważ z naszej strony nie było żadnego powiadomienia (!), przyjęła inną grupę! Kropka! Po co więc te reklamowe bajery w internecie, skoro są nieaktualne? Szczęśliwie udało się znaleźć nocleg na tych samych warunkach w innym miejscu. Klamka zapadła – jedziemy, pierwszy raz w tak małym składzie „aż” ośmiu osób.

Wysoka – pomnik na cmentarzu upamiętniający bitwę u wejścia do Bramy Orawskiej, 1 września 1939 r.

Dzień 1.: 30 sierpnia. Ochoczo zaśpiewaliśmy „Gdy złociste słońce wschodzi, miły nastrój we mnie rodzi…”. Szybką drogą podążaliśmy w stronę Bielska-Białej, następnie przez Przełęcz Beskidek przemieściliśmy się do doliny Soły. Okrążywszy częściowo Jezioro Żywieckie, drogą pomiędzy Beskidem Małym a Pasemkiem Ślemieńskim dotarliśmy do Suchej. Skoro okazało się, że o tej porze karczma Rzym jeszcze jest zamknięta, pomknęliśmy doliną Skawy aż do Jordanowa. Nowy, duży zajazd Pod Lipą przyjmuje gości bez lipy przez całą dobę! Po krótkim odpoczynku i pokrzepieniu się kawą, z doliny Skawy wspięliśmy się na wzgórze Wysoka. Tu właśnie 1.09.1939 r., wówczas płk. Stanisław Maczek, ze swoją 10. Brygadą Kawalerii Zmotoryzowanej przy wsparciu 24. Pułku Ułanów i I Pułku Korpusu Pogranicza przeciwstawił się natarciu dwóch dywizji niemieckich, wdzierających się z terytorium Słowacji przez Bramę Orawską do naszego kraju. Zwycięską bitwę upamiętnia pomnik wśród kilkudziesięciu mogił Poległych. Na przedpolu Wysokiej pozostało 50 niemieckich czołgów. Zanim nieprzyjaciel zdążył się zorientować, płk. Maczek przemieścił swoje wojska przez Jordanów do doliny Raby, skąd ponownie przywitał nieprzyjaciela ogniem zaporowym. Było to pierwsze i jedyne starcie pancerne wojsk polskich w kampanii wrześniowej.

Chabówka – skansen kolejowy

Przez Spytkowice i Zabornię przejechaliśmy do Chabówki. W skansenie kolejowym oglądnęliśmy kilkadziesiąt modeli parowozów (od lokomotywek przemysłowych po dalekobieżne lokomotywy pośpieszne i towarowe) i różnych wagonów. Dla wszystkich nas było to wspomnienie, gdyż takimi pociągami jeździliśmy do pracy lub do szkoły; przywoziły nas do celu tak punktualnie, że pracujący w polu nie potrzebowali zegarków, by wiedzieć, która godzina.

Wyjeżdżając na Rdzawkę z odbudowanym po pożarze kościółkiem wotywnym, podziwialiśmy Beskid Wyspowy z Luboniem Wielkim i połogie rozłożyste Gorce, zaś po drugiej zachodniej stronie nad Pasmem Żeleźnicy górujący nad nim masyw Babiej Góry i opadające w kierunku wschodnim Pasmo Policy. Tylko Tatry wstydliwie kryły się w mglistej poświacie, ledwo rysując swoje kontury na tle bezchmurnego nieba.

Po zjeździe do doliny Dunajca, przez Nowy Targ zmierzaliśmy w kierunku Łopusznej z drewnianym kościółkiem z XVI w. i dworkiem Leona Tetmajera ze słynnym lamusem Gackiem, który uchronił przed nieproszonymi gośćmi tropionego spiskowca Seweryna Goszczyńskiego, autora „Dziennika podróży do Tatrów” (1832). Do Dębna trafiliśmy w ostatniej chwili. Będąc tu, nie sposób nie zajrzeć do najstarszej drewnianej świątyni na Podhalu z końca XV w., z zachowanym wystrojem rzeźbiarsko-malarskim z pogranicza gotyku i renesansu, polichromią w prezbiterium i unikatowym dywanikiem malarstwa patronowego na powale nawy. Od prezbiterium wypełnionego tryptykowym ołtarzem, poprzez nawę po chórek organowy, z każdego zakątka przemawiają tu wieki i piękno zaczarowane w arcydziełach bezimiennych mistrzów sztuki ludowej. Szkoda tylko, że nawet za opłatą nie wolno fotografować. Co prawda jest do nabycia folder i bogato ilustrowana broszurka o kościele, ale to nie to samo, co własne pamiątkowe zdjęcie zrobione według swojego widzenia i odczucia estetycznego.

Krościenko – siedziba Urzędu Miasta

Krościenko – domy z pawłaczkami

Przez Przełęcz Snozkę dojechaliśmy do Krościenka, siedziby Pienińskiego Parku Narodowego. Jak zwykle przywitał nas na rozstaju dróg pomnik Władysława Jagiełły. Zatrzymaliśmy się nieopodal ryneczku zapchanego do jednego miejsca samochodami. Spacerując uliczkami wyławialiśmy resztki pienińskiej architektury. Wnętrze kościoła p.w. Wszystkich Świętych mogliśmy oglądnąć jedynie przez kraty z kruchty wieżowej, a szkoda, bo ściany nawy zdobi nobliwa polichromia. Nowy, monumentalny kościół zastaliśmy szczelnie zamknięty.

Niedzica – zamek Dunajec

Posileni obiadem ruszyliśmy z powrotem do Krośnicy, a stąd drogą przecinającą główny grzbiet Pienin do Sromowców nad Dunajcem. Niestety z otwartego grzbietowiska Majerza nie mogliśmy oglądnąć całej urzekającej panoramy od Babiej Góry poprzez Gorce, Beskid Sądecki, poprzedzające Trzy Korony zalesione kopy Pienin Czorsztyńskich i Magurę Spiską z Tatrami. Cały dalszy plan rozmywał się w sinej poświacie. Po przejeździe przez zaporę na Jeziorze Sromowskim, zatrzymaliśmy się przy zamku w Niedzicy. Na przeciwnym brzegu Jeziora Czorsztyńskiego, na pagórze w pełnym blasku słońca jaśniały ruiny zamku czorsztyńskiego. Dwa zamki, ongiś węgierski i polski, oddzielone Dunajcem, a dziś wodami jeziora. Ile tu ciekawej historii, częściowo zatopionej. W zamku czorsztyńskim bronił się przywódca powstania chłopskiego na Podhalu Aleksander Kostka Napierski (1651), a potem konfederaci barscy (1769). Tędy wjeżdżała przyszła królowa Polski Jadwiga do Polski (1384), tu podali sobie dłonie Władysław Jagiełło i przewrotny cesarz Zygmunt Luksemburczyk, który w dalszych rokowaniach na zamku w Niedzicy za pokaźną sumę zastawną oddał Polsce 16 miast spiskich (1412), tędy uciekał przed Szwedami z kraju Jan Kazimierz (1655). Tenże zamek na zawsze ukrył tajemnicę Inków andyjskich. Dopiero w 1920 r. Niedzica wraz 12 wioskami spiskimi ponownie znalazła się w granicach Polski…

Ruiny zamku w Czorsztynie

Jedziemy przez spiskie, nie do poznania dziś wioski: Niedzicę, Łapsze i Trybsz. Wszak do 1931 r. panowała tu jeszcze pańszczyzna, wielu wyjechało za wodę. Za Białką Tatrzańską wspięliśmy się w Bukowinie Tatrzańskiej na wierchowinę Pasma Gubałowskiego. Dopiero tu odsłoniły się reglowe wierchy poprzedzające masyw Wołoszynów osnuty wstęgami pierzastych mgieł. Przez Poronin dotarliśmy do naszej bazy w zakopiańskiej Pardołówce.

Dzień 2.: 31 sierpnia. Sen miałem niespokojny: czy będzie pogoda i czy wystarczy mi prądu w akumulatorach, bo będzie do pokonania ponad 400 m różnicy wzniesień. Ranek pokazał nieoczekiwane realia: na dworze panowała gęsta mgła, padał deszcz. Co prawda mieliśmy peleryny, ale nie po to chcieliśmy się dostać do Morskiego Oka, aby po drodze zmoknąć i nic nie widzieć. Czyżby scenariusz spod Śnieżki!? Tam też po pogodnym dniu wbrew prognozom lał deszcz. Byłem załamany.

Nasz kierowca radził: spróbujmy przeczekać ten deszcz w Zakopanem, może popołudniu będzie lepiej!? Tak, ale na przebycie drogi do Morskiego Oka tam i z powrotem naszym krokiem potrzeba minimum 7 godz. Zaćmimy!

Od gospodyni dowiedzieliśmy się, że w Urzędzie Miejskim można próbować wyjednać za opłatą zezwolenie na przejazd na Włosienicę. Pojechaliśmy. W urzędzie, jak w urzędzie – nie lubią, gdy im jakiś nieoczekiwany natręt zakłóca rytm pracy. Urzędnica wykazała się dobrą znajomością metod pozbywania się petentów: park, ekologia, przepisy, niebezpieczna, pełna serpentyn droga, duży ruch pieszych, strome dojście z Włosienicy… Poza tym o zezwolenie trzeba zabiegać z wyprzedzeniem co najmniej kilku dni, a nie z godziny na godzinę!

Proszę panią – podjął kierowca – przed trzydziestoma laty jeździłem dużym autobusami na Włosienicę, nie takie serpentyny pokonywałem, w grupie są starsze osoby, w Tatrach przemierzyli nie jeden szlak z Rysami włącznie, teraz chcieliby zobaczyć chociaż Morskie Oko… Odpowiedź: dobrze, ale wjazd tylko dziś o 17.00 i tylko do Włosienicy, o ile osobiście zgodzi się dyrektor TPN.

Zakopane – pomnik Tytusa Chałubińskiego z Sabałą

Do Kuźnic droga jest zamknięta dla ruchu kołowego, ale na naszych oczach wjeżdżały tam samochody. Innej drogi nie ma, a siedziba dyrekcji Parku jest pod dolną stację kolejki linowej na Myślenickie Turnie. Odważyliśmy się pojechać. Sekretarka bez dyrektora przyłożyła bumagę, życzyła szczęśliwej drogi! Na wszystko straciliśmy prawie dwie godziny. Wróciliśmy do centrum. Siąpienie ustało! Chmury podniosły się, ale Giewontu nie było widać. Zostało nam 5 godzin na zwiedzanie Zakopanego minus „postoje” na kawę i obiad.

Zakopane – mogiła Antoniego Rząsy, nauczyciela i rzeźbiarza

Zakopane – u wejścia na stary cmentarz na Pęksowym Brzyzku

Z trudem przebiliśmy się przez gęsty tłum między szpalerem straganów oferujących szeroki wybór towarów od szmatek, kożuchów, ciupag i warzech, ryzowanych rechniczek, obrozków i świecidełek po wędzone i grillowane oscypki i kiełbasy, bombony na patycku i nie wiedzieć, co jeszcze… Udaliśmy się na Pęksów Brzyzek, by zadumać się nad mogiłami tych, co w młodopolskim zapale marzyli o Niepodległej, Tatrom się kłaniali, wśród grani i turni znajdywali wolność i otuchę. Potem podążyliśmy w górę przez rytualny, nadziany miastowymi ceprami deptak Zakopanego – Krupówki, z odboczką pod Tatrzański Dworzec, Muzeum Tatrzańskie i starą Szkołę Rzemiosł Artystycznych. Chętnie odnowiłbym w pamięci skarby długoletniego duszka Muzeum, Juliusza Zborowskiego, ale niestety do bramy prowadzą schody, nawet poręczy brak nie mówiąc o podjeździe.

Zakopane – pod pomnikiem Władysława Zamoyskiego

Szliśmy więc dalej, w nazwach ulic znajdując imiona bywalców Karpowicza, aż pod pomnik hrabiego Władysława Zamoyskiego, wielkiego kupca Morskiego Oka. Niedaleko stąd uliczka Juliana Tuwima. Przy niej w małych izdebkach mieszkał i tworzył przed laty Tadeusz Staich, nasz (przewodników beskidzkich) i mój nauczyciel sztuki patrzenia i rozumienia podhalańskich dziedzin, ich hardych gazdów i wszystkiego co się mieści wśród i pod tatrzańskmi wantami. Odszedł od nas… 31 lat temu, by tam, u góry, pisać dalszy ciąg opowieści „Góry wołają”!

Zakopane – kościółek na Jaszczurówce

Musieliśmy zawrócić. Już nie przez przeludnione Krupówki, a ulicą Sienkiewicza schodziliśmy w dół, wypatrując dalej dziełek podtatrzańskich cieśli wznoszonych podług witkiewiczowskiego pomyślunku. Po posiłku zatrzymaliśmy się jeszcze na Jaszczurówce w kościółku pełnym snycerskiego kunsztu. Teraz już tylko przez Toporową Cyrhlę wokół wierchu Poroniec zmierzaliśmy do Łysej Polany i na Polanę Białczańską. W głąb doliny drogę zamykał solidny szlaban, niczym na granicy zaprzyjaźnionych demokracji ludowych z okresu PRL-u. Z papierami w zębach nasz kierowca zameldował się u strażnika szlabanu: „dobrze, ale puszczę was o 17.” – ??? – Bo tak pisze w papiórkach!

Musieliśmy odczekać trzy kwadranse. Nad doliną Białki wisiały jeszcze sine chmury kryjąc okoliczne szczyty. Drogą zjeżdżały kolejne bryczki z ceprami i spieszyli ostatni piesi. My odliczaliśmy każdą minutę, gdyż upływ czasu działał na naszą niekorzyść. Wszak w górach zmrok zapada szybko.

Wreszcie szlaban poszedł górę. Śmigaliśmy prawie pustą drogą aż do Włosienicy. Kiedyś był tu parking, teraz postój dla dorożek i łączka „obsiana” grubymi głazami. Po co, nie wiem. Całą górną część doliny Rybiego Potoku zasłaniały chmury. Do Morskiego Oka pozostało nam 1,5 km. Moje autko pracowicie zdobywało wysokość. Ostatni schodzący turyści dziwili się, że o tej porze jeszcze pchamy się w górę: „czekałem cały dzień. Nic nie było widać, ledwo taflę jeziora” – poinformował nas mijany turysta.

Morskie Oko pod Mięguszowieckimi Wierchami

Na przekór parliśmy przed siebie. To z lewej, to z prawej pokazywały się w dziurach między wędrującymi chmurami wierzchołki Siedmiu Granatów i Opalonego. Już było widać schronisko; ostatni stromy podjazd po nierównej kostce. Jesteśmy! Przed nami tafla jeziora i morena zamykająca Czarny Staw. Wyżej chmury. Przy barierce nad stawem dwie młode cizie w wieku szkolnym zaciągające się dymem papierosów…!

Staliśmy i patrzyliśmy, jak na naszych oczach chmury pełgały po ścianach w górę; już widać Mnicha, pokazały się ściany Mięguszowieckich, Wołowy Grzbiet, nawet Niżne Rysy, tylko sam czub Rysów uparcie chował się w kłębku „waty”. Smużki zachodzącego słońca opierały się o wierzchołki Żabich Szczytów. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie, dowód, że byliśmy i mogliśmy ponownie nasycić oczy widokiem najpiękniejszego zakątka Tatr, przypomnieć sobie przebywane szlaki w naszej młodości, na Rysy, na Szpiglasową, na Opalone. Bo nie leźliśmy tu, aby demonstrować nad Morskim Okiem dorosłość z papierosem w zębach…

Szybko zeszliśmy do Włosienicy, raz po raz oglądając się za siebie. Szarzało. Do naszej bazy dotarliśmy o zupełnym zmroku.

Grupa na Gubałówce

Dzień 3.: 31 września. Ranek był pogodny, słoneczny. Ponieważ droga przez Poronin z powodu remontu była zamknięta, pojechaliśmy pod tatrzańskim reglami do najpiękniejszej wioski Podtatrza – Chochołowa, a stąd przez Ratułów wspięliśmy się do wioski Ząb. Posłuszni znakom drogowym zostawiliśmy nasz busik pod Furmańskim Wierchem i spacerowym krokiem ruszyli drogą w stronę Gubałówki. Prawie cały czas mogliśmy podziwiać srebrzące się na tle jasnego nieba zarysy tatrzańskich wierchów od Hawrania i Lodowego po Borowiec i Osobitą. Za przekaźnikiem wpadliśmy w inny, biznesowy świat. Co metr to barki, bufety, restauracje i te same tłumy miastowych i te same budy co pod dolną stacją kolejki, jakby tam ich było mało. I… „górskie” ceny (za WC jedyne 5 zł!). Janosik z szerokim uśmiechem starał się obłapić przechodzące panie, w cieniu stały kucyki cierpliwie czekające na jeźdźca; można też było wynająć quada by poszaleć wśród tłumów. Ej Janosiku, na twoim miejscu użyłbym ciupagi i rozkurzył ten cały ciuchowy jarmark. Niechby, jeśli musi być, pozostał na dole, w Zakopanem. Może wówczas ten i ów zauważyłby, że po drugiej strony kotliny wznoszą się Tatry…

Janosik witający ceprów

Wróciliśmy do Zębu, zatrzymując się w „karcmie u Zapotocznego”. Spokój tu, dobre dają tu jadło i serwują… ku naszej uciesze cieszyńskie Brackie. Ale nie tylko to nas tu ściągnęło. W 2012 r. właśnie tu fetowaliśmy wycieczkę naokoło Tatr. Mieliśmy królewską widoczność. Była to wówczas nasza 250. wycieczka! Ta obecna miała być… trzechsetną! Z powodu wypadnięcia jednej wycieczki, misternie wykoncypowaną numerację wycieczek do określonych miejsc licho wzięło. Tak więc na drugą tegoroczną trzydniówkę wypadł numer 299. Też honorny!

Ponownie przez Chochołów wjechaliśmy do Słowacji, na starym orawskim mycie w Trstnej zjechaliśmy nad Jezioro Orawskie, i okrążając je wzdłuż południowego brzegu, zatrzymaliśmy się jeszcze w Namestowie, celem wymiany płynów. Przez Przełęcz Glinne przedzierzgnęliśmy się na północną stronę łańcucha karpackiego. Doliną Glinnego i Koszarawy dojechaliśmy do Żywca i szybką drogą zbliżaliśmy się do Bielska-Białej, gdzie dopadł nas ulewny deszcz. Mijając jego rogatki znów przywitało nas zbliżające się do horyzontu słoneczko. W Ogrodzonej, tam w dole już było widać Cieszyn. 299. wycieczka zbliżała się do końca. Będziemy ją długo pamiętać!

Tekst i zdjęcia: Władysław Sosna

Odpowiedz

  

  

  

Możesz użyć tych znaczników HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>